<?xml version='1.0' encoding='UTF-8'?><?xml-stylesheet href="http://www.blogger.com/styles/atom.css" type="text/css"?><feed xmlns='http://www.w3.org/2005/Atom' xmlns:openSearch='http://a9.com/-/spec/opensearchrss/1.0/' xmlns:georss='http://www.georss.org/georss' xmlns:gd='http://schemas.google.com/g/2005' xmlns:thr='http://purl.org/syndication/thread/1.0'><id>tag:blogger.com,1999:blog-17276928</id><updated>2011-09-05T14:14:54.381+02:00</updated><title type='text'>kraków</title><subtitle type='html'></subtitle><link rel='http://schemas.google.com/g/2005#feed' type='application/atom+xml' href='http://judith-krakow.blogspot.com/feeds/posts/default'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default?max-results=100'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://judith-krakow.blogspot.com/'/><link rel='hub' href='http://pubsubhubbub.appspot.com/'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><generator version='7.00' uri='http://www.blogger.com'>Blogger</generator><openSearch:totalResults>74</openSearch:totalResults><openSearch:startIndex>1</openSearch:startIndex><openSearch:itemsPerPage>100</openSearch:itemsPerPage><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-17276928.post-114836338408766036</id><published>2006-05-23T07:48:00.000+02:00</published><updated>2006-05-23T07:49:44.096+02:00</updated><title type='text'>longer wspomnieniowy</title><content type='html'>Dodatek do wpisu z 27 lutego: &lt;br /&gt;„A co innego dzienniki, straszny longer z całego życia, a co innego utwór beletrystyczny uformowany w kształt raptularza.” (Tadeusz Konwicki, Wschody i zachody księżyca, wydanie krajowe 1990 – w pierwszym, londyńskim wydaniu „longier”).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I dalej: „Zróbmy gwiazdkę, bo wlecze mi się ten longer wspomnieniowy bez żadnego pożytku dla czytelnika.” (ibid.)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Piękna jest wiosna nad Dunajem. Pozdrawiam z Krems.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/17276928-114836338408766036?l=judith-krakow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://judith-krakow.blogspot.com/feeds/114836338408766036/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=17276928&amp;postID=114836338408766036' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/114836338408766036'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/114836338408766036'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://judith-krakow.blogspot.com/2006/05/longer-wspomnieniowy.html' title='longer wspomnieniowy'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-17276928.post-114367442814140461</id><published>2006-03-30T06:25:00.000+02:00</published><updated>2006-03-30T23:39:32.076+02:00</updated><title type='text'>Wyjeżdżam</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/blogger/4091/739/1600/pinguallein.1.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;" src="http://photos1.blogger.com/blogger/4091/739/200/pinguallein.0.jpg" border="0" alt="" /&gt;&lt;/a&gt;Za trzy godziny opuszczę Kraków na lotnisku Balice – ze wszystkimi wątpliwościami językowymi. Z ciężką walizką. Z lekką głową. Śmiejąc się przez łzy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Za cztery godziny wyląduję w Berlinie na lotnisku Schönefeld – ze wszystkimi wątpliwościami językowymi. Z lekką walizką. Z ciężką głową. Płacząc ze szczęścia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Teraz mi się wydaje, jakbym prowadziła przez ostatnie pół roku w Krakowie życie słownika antonimów. Złota jesień. Siarczysty mróz. Trzeźwe myśli. Wielkie wątpliwości. Życie pozbawione kolorowych snów. Pod dachem. Pod niebem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Bloga zamknę pod koniec miesiąca, czyli jutro wieczorem. Będzie jeszcze przez jakiś czas online. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dziękuję wszystkim, którzy dotrzymywali mi towarzystwa, dożywiali i podtrzymywali na duchu. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W Berlinie czeka na mnie Wolfgang. Za czterdzieści osiem godzin wyleci do Pekinu. Nasze życie pingwińskie toczy się dalej, zwykłym czarno-białym trybem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ściskam Was!&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/17276928-114367442814140461?l=judith-krakow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://judith-krakow.blogspot.com/feeds/114367442814140461/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=17276928&amp;postID=114367442814140461' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/114367442814140461'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/114367442814140461'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://judith-krakow.blogspot.com/2006/03/wyjedam.html' title='Wyjeżdżam'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-17276928.post-114367449764008749</id><published>2006-03-27T17:20:00.000+02:00</published><updated>2006-04-01T20:58:37.010+02:00</updated><title type='text'>Słownik antonimów</title><content type='html'>Weekend spędziłam w Kwiatonowicach. Żegnałam się z Beskidem Niskim. Przyprószonym przezroczystym śniegiem. I z Magdą i Kasprem. Na jakiś czas, rozumie się. Nic jeszcze nie zakwitło. Daleko jeszcze do łżykwiatu. Ale już prawie nie było śniegu. Tylko lekki cukier puder. Który zostanie spłukany z pól przez deszcz.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pracowaliśmy więc z Kasprem. Sprawdziliśmy indeks do słownika antonimów. Od „agogiki” do „quasi”. Na więcej nie starczyło czasu. Nie sprawdziliśmy słów – dlatego nie mam pojęcia, jak może brzmieć antonim „agogiki” lub „quasi”. Sprawdziliśmy podany za słowem numer (lub numery) strony, na której (lub na których) słowo to występuje. Mogę powiedzieć, że nie mam żadnych trudności ze zrozumieniem. Kasper przeczytał liczby (w sumie ok.14 639), bo jemu czytanie lepiej i zdecydowanie szybciej wychodziło – a ja sprawdziłam, czy liczba dobra, druk prosty, tłusty lub wykursywiony. I to wszystko w tempie japońskiego shinkansena. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na „ó” były tylko dwa słowa: ów i ówczesny. A najwięcej było na „n”. Wszystkie zaprzeczające „nie-” siedziały mi na karku. W ogóle cały polski język ze wszystkimi liczbami - sto siedemdziesiąt pięć, trzysta trzynaście, siedemset siedemdziesiąt siedem grube ..., usiadł mi na karku i usztywnił kręgosłup aż do kości ogonowej. Na przykład na zawsze utrwaliło mi się słowo „prowodyr”. I orli (nos) – sic! Na „ć” też są tylko trzy wyrazy: ćma, ćpać i ćwierćinteligent. Zastanawiam się, czy antonimem ćwierćinteligenta jest pół-inteligent czy ósemka-inteligent. Niestety nic mi nie wiadomo o odsyłaczach. Ani o odnośnikach. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wieczorem Magda pocieszyła moje już całkowicie usztywnione ciało i duszę cytatem dnia: „Jesteśmy żadnym społeczeństwem. Jesteśmy wielkim sztandarem narodowym.” (Cyprian Norwid w liście do Michaliny z Dziekońskich Zaleskiej z 14 listopada 1862 r.). Powszechnie stosowanym w wersji „Polacy są wspaniałym narodem i zupełnie bezwartościowym społeczeństwem.”&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ach, jak lubię antonimy.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/17276928-114367449764008749?l=judith-krakow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://judith-krakow.blogspot.com/feeds/114367449764008749/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=17276928&amp;postID=114367449764008749' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/114367449764008749'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/114367449764008749'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://judith-krakow.blogspot.com/2006/03/sownik-antonimw.html' title='Słownik antonimów'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-17276928.post-114326873047923907</id><published>2006-03-25T06:37:00.000+01:00</published><updated>2006-03-25T07:38:50.493+01:00</updated><title type='text'>Skok w teren</title><content type='html'>Pojadę do Kwiatonowic. Możecie się ze mną wybrać drogą wirtualną. Poprzez stronę internetową www.kwiatonowice.za.pl&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/17276928-114326873047923907?l=judith-krakow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://judith-krakow.blogspot.com/feeds/114326873047923907/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=17276928&amp;postID=114326873047923907' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/114326873047923907'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/114326873047923907'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://judith-krakow.blogspot.com/2006/03/skok-w-teren.html' title='Skok w teren'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-17276928.post-114345425000614539</id><published>2006-03-24T16:09:00.000+01:00</published><updated>2006-03-27T12:10:50.006+02:00</updated><title type='text'>Druga walizka</title><content type='html'>Już nie ma Wolfganga. I już prawie nic nie ma. W moim pokoju pod dachem. Zabrał drugą walizkę. Wypchaną po brzegi. Oddał ją do brzucha pomarańczowego samolotu linii lotniczej easyjet. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jego dodatkowym bagażem był smutek. Nieopłacalnym. Nieosiągalnym. Nieoswojonym. Bagażem. Życiowym. Teściowa trafiła do szpitala. Serce jej odmawia posłuszeństwa. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mój dziadek w Ameryce też zasłabł. Złamał żebro. Czołem uderzył w podłogę. &lt;br /&gt;Krew pulsuje mu w skroniach. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nic na to nie poradzimy. Że za nadwagę trzeba płacić. Za przepełnioną walizkę tak samo jak za prowadzenie życia na zmniejszonych obrotach. Matka Wolfganga, moja teściowa jest tak zwaną „Trümmerfrau“ – kobietą gruzów. Należy do tej generacji kobiet, które po wojnie odgruzowywały zbombardowane miasta. W sensie dosłownym jak i przenośnym. Należy do tej generacji kobiet, które zawsze musiały jakoś dać sobie radę. Które nigdy nie oszczędzały sił. Które nigdy nie odpoczęły. Matka Wolfganga nigdy nie przyznaje, że źle się czuje. Zawsze mówi, że jakoś pewnie będzie. Tak było pięć lat temu. Kiedy miała pierwszy zawał. Twierdziła, że jakoś będzie. Zażyła aspirynę i położyła się spać. Następnego dnia pojechała zapchanym miejskim autobusem do lekarza. A ten karetką ją wysłał do szpitala. Na intensywną terapię. &lt;br /&gt;Nie było całkiem za późno. Pół serca od tamtego momentu już nie pracuje. &lt;br /&gt;A teraz druga połowa się zmęczyła.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/17276928-114345425000614539?l=judith-krakow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://judith-krakow.blogspot.com/feeds/114345425000614539/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=17276928&amp;postID=114345425000614539' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/114345425000614539'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/114345425000614539'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://judith-krakow.blogspot.com/2006/03/druga-walizka.html' title='Druga walizka'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-17276928.post-114345376425915414</id><published>2006-03-23T19:01:00.000+01:00</published><updated>2006-03-27T12:02:44.276+02:00</updated><title type='text'>Trzeci dzień, jak u krawcowej</title><content type='html'>Wczoraj przyleciał Wolfgang. Dzisiaj przestało padać. Wiosny termicznej nadal nie ma.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pojechaliśmy na księdza Turka. Trzecia przymiarka. U mojej krawcowej. Ma mi uszyć cztery, pięć sztuk. Części ubioru. Sukienka. Spódnica. Kamizelka. Nie wiem, co jeszcze. Ciągle mi ubywa słów. Z jakiejś reszty będzie szalik. Ciągle coś trzeba przymierzać. Prawa strona jest dobra. A lewa nie. Dziwne, że moje piersi są aż takie nierówne. Czasu jest coraz mniej. Jak naturalnego jedwabiu. U Konwickiego czytałam anegdotkę o krawcu Władysława Gomułki. Cenzura wtedy mu usunęła ceny. Cenę jedną (w walucie krajowej, czyli w złotówkach) oraz cenę drugą (w walucie międzynarodowej, czyli w targowaniu, za które wszędzie na świecie dostaje się zniżkę). &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Cytuję ocenzurowaną wersję: „Otóż garnitury szył Gomułce pewien krawiec biorąc za swoje szycie 700 zł, choć inni w tej pracowni musieli płacić więcej.” (Kalendarz i klepsydra, wyd. 1982, s. 240)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Schludne zdanie. Bez najmniejszego defektu. Jak kuchnia szwajcarska.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A oto wersja nieocenzurowana: „Otóż garnitury szył Gomułce pewien krawiec biorąc za swoje szycie 700 zł, choć inni w tej pracowni bez gadania musieli płacić 2400 zł.” (Kalendarz i klepsydra, wyd. 2005, s. 232)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zdanie z szykiem. I z konkretami. Jak kuchnia gruzińska. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tak się wtedy kroiło. A dziś mamy na to dobrze naostrzone nożyce krawieckie. I ulicę nazwaną po księdzu Wincentym Turku.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/17276928-114345376425915414?l=judith-krakow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://judith-krakow.blogspot.com/feeds/114345376425915414/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=17276928&amp;postID=114345376425915414' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/114345376425915414'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/114345376425915414'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://judith-krakow.blogspot.com/2006/03/trzeci-dzie-jak-u-krawcowej.html' title='Trzeci dzień, jak u krawcowej'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-17276928.post-114345291113592072</id><published>2006-03-21T17:47:00.000+01:00</published><updated>2006-03-27T11:48:31.150+02:00</updated><title type='text'>Łżykwiat</title><content type='html'>Wczoraj wieczorem, dokładnie o godzinie 19:27 zaczęła się w Polsce astronomiczna wiosna. W komunikatach o pogodzie prasa podaje, że na „twz. wiosnę termiczną musimy jeszcze poczekać”. No to poczekajmy. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dzisiaj o godzinie 10:00 miałam ostatnią lekcję języka polskiego. Nauczyłam się, że w szesnastym wieku miesiąc kwiecień nazywał się „łżykwiat”. Pięknie. Zastanawiam się teraz, dlaczego ta nazwa uległa zmianie. I co ona pierwotnie znaczyła. Wtedy. W „języku starożytnych Polaków”. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Podobno klimatolodzy już dawno ustalili kryteria wiosny termicznej. Tak samo, jak na pewno mają kryteria rozsądzające, w którym momencie opad atmosferyczny uważany jest za śnieg a w którym za deszcz. W którym momencie mokniemy na deszczu zwykłym, a w którym na deszczu radioaktywnym. Nie wiadomo czy w jakiejś dalekiej przyszłości istnieć będą jeszcze parasole. Ale pozostańmy w tu i teraz. Na razie pada. Chyba śnieg. Bo warstwa dość grubych płatków pokrywa już moje nocne okna. Moje krzywe okna w spadzistym dachu, które pozwalają mi w dniach jasnych na wgląd do nieba. Jutro rano zapytam opatrzność, jaka jest różnica między śniegiem a deszczem. A tzw. wiosna termiczna następuje wtedy, kiedy „co najmniej przez trzy dni średnia dobowa temperatura powietrza utrzymuje się pomiędzy 5 a 10 stopniami C.” Poczekajmy więc.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nazwy miesiąca przecież tak łatwo nie sposób zamienić. Nazwa miesiąca – to nie buty lub kurtki zimowe. Które pewnego pięknego dnia się zdejmuje i zostawia w szafie na następne pół roku. Kiedy i dlaczego z tajemniczego „łżykwiata” powstał banalny „kwiecień”? Pytania do słownika etymologicznego. Pod moim dachem nie ma już kwiatów, ani książek. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pewien pan Agrometeorolog z Bydgoszczy stwierdził, że dla kwiatów najgorsze są huśtawki temperatury. Dla mnie najgorsze są huśtawki nastroju. Bo w przypadku wahań temperatury założę wełniane rajstopy. I już. A kwiaty cierpią bez czapki. Wtedy, kiedy, na przykład w nocy i nad ranem temperatura spada poniżej zera, a w dzień silnie wzrasta w pełnym, iglastym słońcu. To podobno powoduje, że „za dnia zostają pobudzone czynności życiowe roślin, ale noc procesy te wstrzymuje”. Kwiaty znajdują się więc w tej chwili w stanie antyewolucyjnym. Moje drzewo już od dłuższego czasu ma pączki. Wilgotne. I namiętne. Niecierpliwe. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A my? Czekamy w rękawiczkach na wiosnę termiczną.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/17276928-114345291113592072?l=judith-krakow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://judith-krakow.blogspot.com/feeds/114345291113592072/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=17276928&amp;postID=114345291113592072' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/114345291113592072'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/114345291113592072'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://judith-krakow.blogspot.com/2006/03/ykwiat.html' title='Łżykwiat'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-17276928.post-114297191460502579</id><published>2006-03-19T19:11:00.000+01:00</published><updated>2006-03-21T21:11:54.636+01:00</updated><title type='text'>Niedziela, sam na sam z Sekretarką</title><content type='html'>Moja zawsze niewidoczna Sekretarka przyjechała do Krakowa. I od razu słońce się pokazało na niebie. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Moja zawsze nieobecna Sekretarka wszystko o mnie wie. Wie, że coś w mojej głowie pracuje. Tak jak rano o ósmej coś pracuje w moim laptopie. Kiedy włącza się program antywirusowy. I przeszukuje cały twardy dysk. Nie wiadomo czym i w jakim celu. Ale pracuje. Ciężko. Przez niecały kwadrans. A moim palcom minimalnie przeszkadza. Wszystkie programy wtedy troszeczkę wolniej reagują. Ale pracuje się. Tu i tam. Na pierwszym planie. Na drugim planie. Na trzecim planie. Na jakimś wirtualnym planie. Program antywirusowy sam siebie aktualizuje. Na czwartym planie. Na pięćsetnym dziewiątym planie ... &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tak. W mojej głowie ciągle coś pracuje. Ale ja nie wiem co, czym i w jakim celu. Tylko moja Sekretarka wie. Wszystko. O mnie i mojej głowie. Mogę więc spokojnie spać. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przez pół roku nie miewałam prawie żadnych snów. Spałam w Krakowie. W pokoju z numerem 22. Pod dachem w domu Łaskiego. I nic mi się nigdy nie przyśniło. Nie widziałam żadnych krajobrazów kolorowych. Nie przebywałam na żadnej odludnej wyspie. Nie przeżywałam żadnych koszmarnych awantur z rodziną szwajcarską. Nic. Nic nie przeszkadzało. Spałam płaskim snem. Snem niezdenerwowanym. Jak jazda ekspresem Berlin – Warszawa. Snem niespektakularnym. Jak piasek w podberlińskich lasach. Nic nie przeszkadzało. Ani Alpy nad Splügen. Ani Atlantyk przed Maderą. Noc w Krakowie bywa głucha jak pień. Ale odkąd wyjechali Państwo Pingwinowie nie mam już spokoju. Nie mam z kim spać. Mam podwójne łóżko. Mam nawet dwa podwójne łóżka. Więc Pani Polka i Pan Tango zwykle siedzieli pod jedną kołdrą. A ja pod drugą. Teraz oni śpią w namiocie pod jaworem. W Brandenburgii. I oddychają świeżym powietrzem leśnym. A mnie budzą o świcie łzy. Nad ranem zjawiają się gwałtowne sny pożegnalne. Intensywne sytuacje lotniskowe. Internetowe połączenia. Skype-owy odgłos oddychania Wolfganga. W nocy nakładam słuchawki. I fale wzburzonego oceanu rozbijają się o moje szare komórki. Kipiel morska w mózgu. Nienawidzę podsłuchu. Korzystam więc w Polsce z komórki koleżanki. Dzwonię i śpię. Śpię i dzwonię. Z otwartymi uszami. Uszami obłożonymi head-setem. Sennymi palcami. Przeszukam listę połączeń na malutkim ekraniku. Wybieram, powiedzmy, numer Marcina. Nie wiem, którego. Wszystko jedno. Nie ma już ani jednego. Jest noc. Głucha jak pień. Głos Marcina od razu szumi mi w głowie. Jak wino wytrawne. Głowa pęka. Od prac na dalszych planach. Marcin przesadnie mnie wita. On przecież nie wie, kim ja jestem. I już zapada zmrok. Milczenie jak w grobowcu. Cisza jak w cenotafie w Hiroszimie. Nie widać ani jednego słowa. Słońce wzejdzie o godzinie 5:42. Wybucham płaczem. Spazmatycznym. I się budzę. I się dziwię. Czy to był sen. Czy echo z kuchni.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Moja zawsze dyskretna Sekretarka czuwa nad moimi niepohamowanymi słowami. Czasami układam je w zdania, których nikt nie jest w stanie zrozumieć. Nigdy. Nigdzie. Aż po krańce świata. Tylko ona, moja jedyna Sekretarka, rozumie. I porządkuje. I uspokaja. W głowie zawsze coś pracuje. Jakiś program ciągle się włącza. I odtwarza. Samodzielnie. Myśli. U Konwickiego taki dzień nazywa się ”Poniedziałek, sam na sam z kotem Iwanem”. U mnie inaczej. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Moja Sekretarka jest na dyżurze dzień i noc. Często z mojego powodu nie śpi. Przyjechała do Krakowa. I od razu słońce się pokazało na niebie.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/17276928-114297191460502579?l=judith-krakow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://judith-krakow.blogspot.com/feeds/114297191460502579/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=17276928&amp;postID=114297191460502579' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/114297191460502579'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/114297191460502579'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://judith-krakow.blogspot.com/2006/03/niedziela-sam-na-sam-z-sekretark.html' title='Niedziela, sam na sam z Sekretarką'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-17276928.post-114294783204360435</id><published>2006-03-16T21:29:00.000+01:00</published><updated>2006-03-21T14:30:32.056+01:00</updated><title type='text'>Podróż Państwa Pingwinów</title><content type='html'>Moi pingwini, Pani Polka i Pan Tango, dziś w południe polecieli razem z Hildegard w pomarańczowej maszynie linii lotniczej easyjet do Berlina. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jest to uroczystość oczywiście z łzami w oczach. Pożegnanie odbyło się bezceremonialnie. Polka i Tango dzielnie prześliznęli się przez aparaturę prześwietlającą bagaż ręczny. Polka i Tango nie są bagażem ręcznym. Polka i Tango są normalnymi pasażerami samolotowymi. Prześwietlać ich trzeba, tak jak każdego pasażera z nadwagą. Bo grube brzuchy mogły być zapchane narkotykami lub materiałem wybuchowym. Polka i Tango po drugiej stronie aparatury szybko zeskoczyli z czarnego pasma, zanim ktokolwiek z obsługi naziemnej mógł ich złapać i wypytać. Co zjedli na śniadanie. Co trzymają tak mocno pod pachą. Od kogo Polka dostała sznurek koralików na szyję. I tak dalej. I tym podobnie. Grzecznie w kącie czekali na Hildegard, która musiała zdjąć buty, pasek i szalik. Nie mówiąc o czapce, torebce, i kożuchu. Czapka z nausznikami też nie jest bagażem ręcznym. Ale też musi przebrnąć przez czeluść aparatury wszystkowidzącej. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czekałam aż wszyscy, że wszystkimi rzeczami przedostali się na drugą stronę. I potem się odwróciłam. Oczywiście ze łzami w oczach. Ja na drugą, przezroczystą i absolutnie bezpieczną stronę nie mam dostępu. Nie posiadam boardingpassu. Ani paszportu. Nie jestem pasażerką. Tylko osobą odprowadzającą. Osobą, która żywi się pożegnaniem. Nie jestem bagażem. Ani ręcznym. Ani nadanym. Nie mam dostępu do kabiny. Ani do pojemności ładunkowej. Nie jestem rękawicą jednopalcową. Na ręku. Ani plecakiem skórzanym. Na plecach. Ani nieodzowną klawiaturą laptopową. Pod opuszkami palców. Odwróciłam się bez słowa pożegnania. Nikt mojego macoszego słowa nie mógłby prześwietlić. Żadna aparatura. Żadna maszyneria. Żaden wyczulony na noże, widelce i nożyczki check-up żadnej firmy ochroniarskiej. Moje słowa zatkały gardło. Po oprawie bagażu ręcznego i przed kontrolą paszportową na międzynarodowym porcie lotniczym im. Jana Pawła II w Balicach trwa czysta próżnia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wróciłam autobusem 192 do pustego pokoju pod dachem. Autobus śmierdział jak zawsze. Gnojem. Powietrzem wiejskim. Wieczorem przyleciał mail. Na ekran. Jak przedwczesna mucha wiosenna. Dojechali Państwo Pingwinowie do miejsca przeznaczenia. Do Kleinmachnow. Pod Berlinem. Pod kopulastą koroną jaworu.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/17276928-114294783204360435?l=judith-krakow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://judith-krakow.blogspot.com/feeds/114294783204360435/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=17276928&amp;postID=114294783204360435' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/114294783204360435'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/114294783204360435'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://judith-krakow.blogspot.com/2006/03/podr-pastwa-pingwinw.html' title='Podróż Państwa Pingwinów'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-17276928.post-114228879674993225</id><published>2006-03-14T01:09:00.000+01:00</published><updated>2006-03-14T00:16:05.206+01:00</updated><title type='text'>Pocztówki z Berlina</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/blogger/4091/739/1600/Pokojpisarza.2.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;" src="http://photos1.blogger.com/blogger/4091/739/200/Pokojpisarza.0.jpg" border="0" alt="" /&gt;&lt;/a&gt;Zapraszam serdecznie na swój wieczór pożegnalny z Krakowa oraz na prezentację książki, która niebawem się ukaże: &lt;br /&gt;Pocztówki z Berlina&lt;br /&gt;spotkanie poprowadzi Katarzyna Fortuna&lt;br /&gt;wtorek, 14 marca 2006, godz. 18.00&lt;br /&gt;Goethe-Institut&lt;br /&gt;Rynek główny 20, Kraków&lt;br /&gt;spotkanie odbędzie się w języku polskim&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;© Hildegard Skowasch - Pokój pisarza&lt;br /&gt;-----&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Fragment tekstu:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;"(...) Moja rozszerzona i roznamiętniona Polska sięga teraz aż do Berlina. Do samego rdzenia. Do dzielnicy Mitte. (...) Lecę. Na instalację Hildegard S. Na kompozycję przestrzenną – jak mówią znawcy. Na czarno-białą. W kąciku stoi stół, biały, papierowy z... – a tu mi kolana miękną, czuję dziwny bezwład mięśni, osłabionych od niespodziewanego październikowego upału i upadam. Prosto pod stół z powyłamywanymi nogami! Stół z powyłamywanymi nogami. Na Wöhlertstrasse w Berlinie! Na niepozornej ulicy nazwanej po niepozornym dziewiętnastowiecznym przemysłowcu, panu Wöhlert, który tu kiedyś miał swoją odlewnię żeliwa (...) Podnoszę się z trudem i rozglądam. Witam się z Hildegard i przepraszam, że potknęłam się w drzwiach o własne nogi. Jak mogłam jej wytłumaczyć, że papierowy stół mnie zwalił z nóg? Że doznałam na moment lekkiego pomieszania zmysłów. Krótkotrwałego oślepienia. Spokojnie przeglądam resztę instalowanego pokoju. Na podłodze, niedaleko stołu, leży nieforemna bryła, też z białego papieru, też ultralekka i niezniszczalna, z haczykiem do powieszenia na ścianie – jak kto woli – oblepiona czarnym słowotokiem „undundundundund...”. Niesymetrycznym. Niemieckim. Na ścianach wiszą płaszczyzne krat – ręcznie i niegeometrycznie wycięte z olbrzymiego kawałka szarego filcu. Materiału dobranego kolorem do brudnej wykładziny na podłodze. Na ścianie wyglądają jak siatka krystaliczna. Jak zachmurzone niebo. Zyskujące głębię. Wypukłość. Wielowymiarowość. Wbrew pozorom. Siatka formuje przestrzeń. Na dolne części okien Hildegard przykleiła krat identyczne. Ale białe. Papierowe. Na górne części trójskrzydłowych okien przylepiła pojedyncze papierowe litery: U i N i D. Na każdym otworze litera. Składające się – w oczach przechodniów na ulicy pana odlewnika Wöhlerta – w ogromne trzyliterowe słowo „UND”. &lt;br /&gt;- Znajdujemy się w pokoju pisarza - mówi Hildegard, która nie jest pisarką.&lt;br /&gt;Znowu rozglądam się. Znajduję się w przestrzeni zamkniętej nieregularnie przeplatającymi się prętami z miękkiego materiału palnego. Zapchanej słowem „und”. &lt;br /&gt;- „Und” - twierdzi Hildegard, która nie jest Polką - jest najważniejszym słowem. Łącznikiem myśli. Ogniwem wydarzeń. Kółkiem postaci. Tworzywem świata. (...) &lt;br /&gt;Ciekawa jestem, dlaczego stół jednak stoi. Dlaczego trzyma się na własnych powyłamywanych nogach. &lt;br /&gt;- W środku stołu jest rusztowanie - Hildegard chętnie wyjaśnia - plecionka z cienkiego drutu. Zapchana gazetami berlińskimi. To wzmacnia zdecydowanie stabilność konstrukcji. Dookoła tej siatki wlepiam tyle warstw papieru, ile stół sobie życzy. Tu potrzebujemy oboje dużo cierpliwości, bo każda warstwa papieru musi dobrze wyschnąć, zanim nakleję następną. Papier i kleisty wywar z mąki. Wyschnięte na wiór. Bez resztki wody. Tworzą stół. Obdarzają go w końcu, po wielu bezczynnych chwilach oczekiwania, pustych od myśli, wytrzymałością. Siłą. Stałością. Inaczej byłby się zawalił. Od razu.&lt;br /&gt;- Czyli stabilność jest sprawą czasu? &lt;br /&gt;- W pewnym sensie tak!” &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;© Judith Arlt&lt;br /&gt;fragment pocztówki p.t. „Stół z powyłamywanymi nogami”&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/17276928-114228879674993225?l=judith-krakow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://judith-krakow.blogspot.com/feeds/114228879674993225/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=17276928&amp;postID=114228879674993225' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/114228879674993225'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/114228879674993225'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://judith-krakow.blogspot.com/2006/03/pocztwki-z-berlina.html' title='Pocztówki z Berlina'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-17276928.post-114228775180890890</id><published>2006-03-10T20:08:00.000+01:00</published><updated>2006-03-13T23:09:11.810+01:00</updated><title type='text'>Dzień, jak u fryzjerki</title><content type='html'>Jak ten czas leci. Już 147 miesięcy. Po ślubie z Najmilszym Niemcem. Już 147 księżyce. Poszłam dzielnie do pani Joli. Psia pogoda. Leje z nieba. A pod stopami śnieg się topi. Płynęłam Długą do pani Joli. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jak ten czas leci. Takiego salonu fryzjerskiego jeszcze w życiu nie widziałam. Jak Boga kocham. W piątek po południu. Siedzi tam garstka niecałkiem młodych fryzjerek i patrzy. Znudzona. Posępnymi oczami. Prawie jak w Warszawie. U Konwickiego. Na każdą wchodzącą nieuczesaną osobę. Tylko do pani Joli ustawia się kolejka. Klientki przyjmuje się nie na godzinę. Proszę usiąść i poczekać. Myślałam, że się spóźniłam. I przeprosiłam. Ale co tam. My tu nie na czas. Tamte czeszą się nawzajem. Wyjącą straszliwie suszarką, i szczotką. Mają jednakowy blond włosów. Jestem dumna, że udało mi się przestać farbować włosy. W ciągu tej zimy krakowskiej. Nowe okulary dobrałam specjalnie do skroni przyprószonych siwizną. Piękna poezja w wieku przekwitłym.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jak ten czas leci. Pani z wydawnictwa mówi, że czeka na tekst. A ja zwlekam. Czekam na słowa. Bez słów nie ma tekstu. Bez inspiracji nie ma słów. W Prowincji czekam na Kasię. Ustalimy scenariusz na przyszły wtorek. Przekartkujemy pocztówki. W poszukiwaniu właściwych słów. W nocy sypią mi się z nieba lub z sufitu mojego pokoju pod dachem przedziwne wspomnienia bazylejskie. To samo jak zawsze. Ja w wielkim strachu. Bo Kasia publicznie chce mnie pytać, gdzie ja się czuję w domu. Jak powiem, zgodnie z prawdą (jaka znowu głupia, szczera Szwajcarka), że, no, oczywiście „tutaj” – wtedy przecież to jedno malutkie, niewinne słowo „tutaj” pociągnie za sobą wodospad kolejnych nigdy nie kończących się pytań, jak strumień lodowatej wody ze skał alpejskich, dlaczego, a po co, a przecież, i w ogóle, co to ma znaczyć ...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jak ten czas leci. Już 147 miesięcy. Najmilszy Niemiec biega po międzynarodowych targach turystyki w Berlinie. Ja biegam po pierwszym rozdziale. Robię korekty. Jestem zdesperowana. Napisałam ten pierwszy rozdział w takim amoku – że teraz ledwie co pamiętam. Skąd się biorą te piękne, przyprószone siwizną myśli? Z lustra w salonie fryzjerskim. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jak ten czas leci. Pani Jola tak szybko mówi, że ledwie co rozumiem. Chwali moje włosy. I wywija nożyczkami, że strach popatrzyć. W lustro. U Konwickiego taki dzień nazywa się „Czwartek, uroczystość dwudziestopięciolecia”. U nas inaczej. Musimy zbierać miesiące. Księżyce. Żeby zdążyć. Na jakiekolwiek gody. Brylantowe. Drewniane. Lub żelbetowe. Wystrzegamy się naśladowania. Zbliża się pełnia.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/17276928-114228775180890890?l=judith-krakow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://judith-krakow.blogspot.com/feeds/114228775180890890/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=17276928&amp;postID=114228775180890890' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/114228775180890890'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/114228775180890890'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://judith-krakow.blogspot.com/2006/03/dzie-jak-u-fryzjerki.html' title='Dzień, jak u fryzjerki'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-17276928.post-114228763255309563</id><published>2006-03-08T23:06:00.000+01:00</published><updated>2006-03-13T23:07:12.670+01:00</updated><title type='text'>Dzień, jak u krawcowej</title><content type='html'>Nie mam czasu. Ale w szafie mam kilka metrów naturalnego jedwabiu najlepszej jakości. W mocnej czerwieni. Jeden kawałek. Chyba ze sześć metrów (krawcowa wie, bo zmierzyła). I drugi kawałek, mniejszy, może tylko cztery i pół metra, w nieco bledszym, jak policzki w zimie, różu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie mam już czasu na nic. Tak mi się wydaje. Ale z tym materiałem, prezentem bożonarodzeniowym od sinologa, coś w końcu trzeba zrobić. A ja nie umiem. Poszłam więc do krawcowej. To znaczy, spotkałyśmy się w kawiarni na Krupniczej. Proponowała mi różne kroje. Krawcowa, dotyka tego materiału i już wie, już widzi, już czuje zapach słońca wiosennego na gołych ramionach. Rękawy? Po co mi rękawy? Mierzyła różne części mojego ciała. O których nie wiedziałam, że istnieją. W kawiarni Ważka akurat nikogo nie było. Ważka to owad zazwyczaj jaskrawo ubarwiony. Ma dwie pary błoniastych, przezroczystych skrzydeł. Prawie jak aniołki. Żyje nad wodami. Notowała wszystko dziwnym szyfrem. Jakimiś literami. Czerwonym długopisem. Tu A, a tam B. Tu długość a tam szerokość. A jeszcze obwód w talii. Obwód głowy. Nie będzie kapelusza. I klatka piersiowa. Serce. Płuca. Mostek i żebra. Przepona. Przecież oddychać muszę. W sukni tak samo jak bez. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie mam czasu. Nie wiedziałam, co się dzieje dookoła mojej szyi. Czy szew taki, czy inny. Płaski czy spruty. Kołnierzyk. Miękki. Sztywny. Stojący. Leżący. Biały. Lub pod kolor. Suwak. Ekler. Albo guziki. Też pod kolor. Brzuch płaski. Lub gruby. Może jednak w najbliższym czasie przybędzie mi na wadze. Zawsze po piątej śpiewają ptaki w parku. One są czułe na światło, nie na temperaturę. A drzewo przed moim oknem już od dawna ma pączki. Grube. Syte. Wilgotne. Zaraz pękną. Z rozkoszy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie mam już naprawdę czasu na nic. U Konwickiego taki dzień nazywa się „Czwartek, jak wizyta u dentysty”. U mnie inaczej. Wystrzegam się naśladowania. Ale jestem w swoim żywiole.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie mam czasu. Materiał, jedwab naturalny najlepszej jakości powierzyłam wiernym rękom krawcowej. I sprawnym. Ona, jak tylko dotknie, już wie. A ja siedzę godzinami, tygodniami, latami. I nie wiem. Nic.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/17276928-114228763255309563?l=judith-krakow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://judith-krakow.blogspot.com/feeds/114228763255309563/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=17276928&amp;postID=114228763255309563' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/114228763255309563'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/114228763255309563'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://judith-krakow.blogspot.com/2006/03/dzie-jak-u-krawcowej.html' title='Dzień, jak u krawcowej'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-17276928.post-114184915075214907</id><published>2006-03-03T16:39:00.000+01:00</published><updated>2006-03-08T21:19:10.753+01:00</updated><title type='text'>List do Szwajcarii</title><content type='html'>Pracuję ciężko. A palce pana Konwickiego są wszędzie. Ostatnio w nocy słyszałam Jana Machulskiego. Opowiadał w ramach tak zwanych „zapisków ze współczesności” (polecam, dwójka, codziennie o godz. 23.45, albo po południu, nie pamiętam o której, bo popołudniami moje krakowskie radio śpi) o pracy przy filmie „Ostatni dzień lata”. Nigdy o tym nie myślałam – mimo że to była najnormalniejsza rzecz na świecie: wtedy, w roku 1958, Bałtyk przecież był granicą państwową. W Polsce tak samo jak np. w Stralsundzie lub wzdłuż całego wybrzeża byłej NRD. I że strefa przygraniczna była dobrze strzeżona. W Polsce tak samo jak w NRD. Bali się, że ktoś ucieknie, kraulem na Bornholm. Kutrem do Kopenhagi. Nigdy nie myślałam o tym, jakim cudem wtedy mogli kręcić film nad samym morzem. Teraz wiem. I dziwię się tej mojej alpejskiej naiwności. Że nigdy się nad tym nie zastanawiałam. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pracuję ciężko. W nocy udało mi się napisać list do Szwajcarii. Nareszcie. Tekst na zamówienie. Do jakiejś dziwnej antologii. W której mają się znaleźć teksty Szwajcarów nie mieszkających w Szwajcarii. Listy do Szwajcarii. Ja od razu powiedziałam, że do Szwajcarii nigdy w życiu nie napiszę listu. I nie napiszę żadnego folklorystycznego listu. Nie znam żadnych słów tęsknoty. Nie jeśli chodzi o moją ojczyznę. Więc było już dawno po terminie. Czułam następny miecz następnego Damoklesa nad głową. Byłam zmęczona. Ale po zapiskach ze współczesności usiadłam i napisałam. List do mojej przyjaciółki Friedy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pracuję ciężko. Wojtek odesłał mi pierwszy rozdział z poprawkami. Strach popatrzyć. Kasper przywiózł mi z Kwiatonowic zredagowane „Pocztówki”. Boże, co ja tu robię? Tyle tego papieru. Wolfgang zabrał pierwszą walizkę. Ile jeszcze będzie?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pracuję ciężko. Jestem niewyspana. Jestem niedotleniona. Rzadko kiedy wychodzę ostatnio.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/17276928-114184915075214907?l=judith-krakow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://judith-krakow.blogspot.com/feeds/114184915075214907/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=17276928&amp;postID=114184915075214907' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/114184915075214907'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/114184915075214907'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://judith-krakow.blogspot.com/2006/03/list-do-szwajcarii.html' title='List do Szwajcarii'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-17276928.post-114184874050052081</id><published>2006-02-27T21:11:00.000+01:00</published><updated>2006-03-08T22:19:47.296+01:00</updated><title type='text'>Pierwsza walizka</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/blogger/4091/739/1600/Aniolki.0.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;" src="http://photos1.blogger.com/blogger/4091/739/200/Aniolki.jpg" border="0" alt="" /&gt;&lt;/a&gt;Rok temu wyjechaliśmy z Tsukuby. Wystartowaliśmy z Tokio Narita. Wynieśliśmy się z Japonii. Ja na zawsze. Wolfgang w międzyczasie już dwa razy tam wrócił. &lt;br /&gt;Dopiero rok temu. Znowu obchodziliśmy urodziny Wolfganga. Znowu zaraz po urodzinach wsiadł do samolotu. Tym razem do Berlina. Z pierwszą walizką. Z pierwszymi 20 kilogramami. Papieru.&lt;br /&gt;Dopiero rok. Całe moje życie dzieli się na czas przed Japonią i na czas po Japonii. Sama nie wiem, dlaczego. Ale tak jest. Moje życie po Japonii (dokładnie rok) wydaje się jakoś dziwnie równe życiu przed Japonią (47 lat i 3 miesiące, mniej więcej). Romka na pewno z takim równaniem nie będzie chciała się zgodzić. Z tak zwaną matematyką stosowaną. Ale w życiu musi być równowaga. I dlatego ten ostatni rok jest taki straszny longier – jestem przekonana, że czytałam to słowo gdzieś u Konwickiego – ale teraz oczywiście nie mogę go znaleźć.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wolfgang zabrał pierwszą walizkę. Pełną papierów. Różnych. Pingwiny mi zostawił, aniołki też. Choć niechętnie. On mnie tu pakuje już prawie od początku roku. A ja jakoś nie widzę powodów. Na spakowanie się. Na razie wszystko mi ciężko idzie. Albo raczej stoi. W miejscu.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/17276928-114184874050052081?l=judith-krakow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://judith-krakow.blogspot.com/feeds/114184874050052081/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=17276928&amp;postID=114184874050052081' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/114184874050052081'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/114184874050052081'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://judith-krakow.blogspot.com/2006/02/pierwsza-walizka.html' title='Pierwsza walizka'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-17276928.post-114068325691252012</id><published>2006-02-23T06:25:00.000+01:00</published><updated>2006-02-25T13:47:20.910+01:00</updated><title type='text'>Zaproszenie</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/blogger/4091/739/1600/PlakatMassolit.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;" src="http://photos1.blogger.com/blogger/4091/739/320/PlakatMassolit.jpg" border="0" alt="" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;dziennik Judith Arlt "SEIDEN - Moja zima w Japonii"    &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;23 lutego, godz. 19.00 &lt;br /&gt;Massolit Books&amp;Cafe &lt;br /&gt;ul. Felicjanek 4 &lt;br /&gt;(mapka na stronie www.massolit.com) &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W programie:&lt;br /&gt;prezentacja fragmentów dziennika Judith Arlt po polsku, angielsku i niemiecku;&lt;br /&gt;pokaz slajdów z Japonii autorstwa Wolfganga Arlta oraz degustacja japońskich smakołyków. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Fragment tekstu:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Zagnało mnie do kraju bardziej czystego niż Szwajcaria.&lt;br /&gt;W porę roku, którą wolałabym spędzić z cesarskimi pingwinami na lodach pływających po morzu Weddella.&lt;br /&gt;Jako osoba towarzysząca badaczowi-stypendyście Japońskiego Towarzystwa dla Promocji Nauki.&lt;br /&gt;(...)&lt;br /&gt;Zima w Japonii. Widziałam soczyste pomarańcze na drzewach. Aoki-san mówi, że teraz jest najwyższy czas na truskawki. Dziewczyny w mundurkach szkolnych na rowerach. Jadą do szkoły w podkolanówkach. Noszą krótkie spódnice. Mają gołe kolana. Codziennie rano sprawdzam na balkonie jak wygląda świat. Pole za oknem często pokryte szronem. Nie widać ani jednego pracującego chłopa. &lt;br /&gt;Wydaje mi się, jakby wszyscy w tym kraju stanowczo ignorowali zimno. Wszędzie. W najpiękniejszych ogrodach kraju, w mieszkaniach, na ulicach. W żadnej restauracji nie ma szatni, czyli miejsca przeznaczonego na grube palta. Przedwczoraj nad jeziorem Chuzenji brnęliśmy przez wysoki, świeży, miękki, łagodny, przedziwnie skrzypiący, mokry śnieg. Z nami nieliczni młodzi Japończycy. W tenisówkach.”&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;© Judith Arlt&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/17276928-114068325691252012?l=judith-krakow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://judith-krakow.blogspot.com/feeds/114068325691252012/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=17276928&amp;postID=114068325691252012' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/114068325691252012'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/114068325691252012'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://judith-krakow.blogspot.com/2006/02/zaproszenie.html' title='Zaproszenie'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-17276928.post-114081769388009678</id><published>2006-02-21T22:47:00.000+01:00</published><updated>2006-02-25T13:48:08.733+01:00</updated><title type='text'>Szkoła widzenia</title><content type='html'>Coś ze mną jest nie tak. Zafundowałam sobie nowe okulary. I bóle głowy. I bóle żołądka. Oczywiście dla człowieka noszącego okulary od dzieciństwa zdobycie nowej pary jest zawsze czymś w rodzaju zdobycia nowej twarzy. Czyli sprawa próżności. To jest tak samo jak z włosami. W pewnym momencie przyjdzie nieodwołalny czas na fryzjera. Więc wiadomo, że cierpienie jest również nieodwołalne. Bóle głowy. Skórcze żołądka. Ale jednak tym razem coś bardziej ze mną jest nie tak. Niż zwykle. Wszystko się rozpływa. Moje pole widzenia jest oburzonym oceanem. Falami rzucają się obrazy świata na mnie i we mnie. Najgorszy jest ekran. I cały piękny tekst. Cały ruchomy nagle dorobek intelektualny. Klawisze pod palcami tańczą swój taniec. Litery na ekranie swój. Jak tu pisać? Jak tu czytać? Gdzie tu pisać? Gdzie tu czytać? Co tu pisać? Co tu czytać?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pojechałam do pani Krakowskiej. Zdziwiłam się, że w autobusie nowych okularach bez problemu przeczytałam całą świąteczną gazetę. Przytrzymywałam ją kurczowo jak deskę ostatniego ratunku. Włącznie z Wysokimi Obcasami. Wysiadłam bez problemu przy Rondzie. Na ulicach odwilż. Plucha. Chlapa. Szaruga. Nie wiem, czy to pogoda, czy moje oczy. Pełne łez. Na Grunwaldzkiej znowu kręciło mi się w głowie. Wnuki bawiły się grzecznie w pokoju klockami lego. A moje oczy pełne mórz czerwonych i czarnych odebrały to jako latanie na zaczarowanym dywanie. „Szybka i udana adaptacja.” Pocieszała mnie ulotka w torbie, w bagażu ręcznym, zostawionym w autobusie 192. Pani Krakowska cały dzień spędziła w kuchni. Mieszała farsze, zlepiła 180 pierogów. Ruskich. Z mięsem Z serem. Zjedliśmy za jednym zamachem wszystkie pięknie pływające w gorącej wodzie pierogi. I zupę ogórkową. Ugotowaną specjalnie dla mnie. Było nas 7 dorosłych i 2 dzieci. Ojciec wnuków pani Krakowskiej – czyli zięć jej – ma na imię Marcin. Który to Marcin w moim życiu krakowskim? Liczby również przeszły w stan ciekły. Wnukowie – najwspanialsi na świecie – spokojnie fruwali. Szybko szybowali. Nad parkietem. Nad płytami kamiennymi. Nad blatem stołu kuchennego. Wszyscy przenosiliśmy się w powietrzu z miejsca na miejsce. Z bitwy pod Grunwaldem do bitwy nad Bzurą. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ze mną coś jest nie tak. Muszę się na nowo uczyć patrzeć na świat i rejestrować właściwe obrazy. Wszystko co dokąd wydawało mi się stabilne, pewne i trwałe – nagle się rusza. Zsuwa. Tracę grunt pod nogami. Podłogę pod nogami. Blat stołu pod talerzem z pierogami i tłuszczem. Schody pod butami. Chodniki pod gołymi stopami. Wszystko co poniżej nosa. Pani w zakładzie optycznym powiedziała, że muszę więcej ruszać głową. Ale jeśli ruszam głową, proszę pani, świat się kręci. W moim żołądku. I robi mi się bardzo niedobrze. Dawno tak fatalnie się nie czułam.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Byłam na lekcji języka polskiego. Muszę się na nowo uczyć czytać i pisać. Gdzie jest to pole w moich najbardziej komfortowych soczewkach progresywnych, które pozwoli mi rozpoznać zdania podręcznikowe? Zadanie domowe. Ręcznie teraz piszę bardzo niewyraźnie. Kiedyś byłam krótkowidzem. Żadnym prorokiem. Ani wieszczem. Teraz jestem osobą starczowzroczną. Nigdy nie miałam daru przewidywania. Zawsze miałam poważną wadę wzroku. Zwłaszcza lewego oka. Prawe jakoś dzielniej to wszystko znosi. „Ilekroć pragniesz wyostrzyć wzrok na jakimś przedmiocie, skieruj na niego swój nos.”&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Poszłam do pani optyczki. W nowych okularach zaprojektowanych przez córkę Picassa. Na ulicy Floriańskiej ruszam głową i nogami. Nie czuję już zawrotów. Ale na ekranie komputera w pokoju na poddaszu nic nie widzę. Absolutnie nic. Jęczę. Tylko zamazane fale elektrodynamiczno-kwantowych mikrocząsteczek. Narzekam. A pod palcami mam staromodne literki z klawiszy. Tańczące eRy i eMy i Te-y i eLi. W pokoju Marcina Starego mieszka teraz Lothar. Nawet w domu Łaskiego wszystko wprawiłam w ruch jak podczas silnego sztormu nad morzem południowochińskim. Pani optyczka spokojnie prosi o cierpliwość. I o wyrozumiałość. Widocznie dobrze zna się na histerycznych klientkach. Ma pani trzy pary okularów w jednej. Mówi rzeczowo. Musi pani ćwiczyć. Oczy. Widzenie na każdą odległość. Sprawność palców na klawiaturze. Ekran laptopa jest spienionym Atlantykiem. Skarżę się. Ale ona mnie nie rozumie. Jak podnoszę głowę znad biurka widzę na zimnym krakowskim niebie samoloty podchodzące do lądowania w Balicach. Nigdy dotąd z mojego poddasza nie wdziałam żadnego samolotu. Może to z powodów termodynamicznych. Próbuję sobie wyjaśnić. Klimatycznych. Nigdy dotąd jeszcze nie wiało ze wschodu. Wszystko jest możliwe. Wiatr umiarkowany. Najwcześniej za dwa tygodnie. Mówi pani rzecznik spraw okulistycznych. Ale ja nie mam czasu. Muszę pracować. Nad tym wściekłym Atlantykiem. Nad moją głową wisi miecz Damoklesa. Palec pana Konwickiego. Ona nie jest ani od palców. Ani od mieczy. Tylko od oczu. Literki pod skórą, pod skronią, pod czaszką wariują. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pani nauczycielka podczas weekendu zrobiła 100 pierogów. Na 4 osoby. W tym kraju w kuchni człowiek jest najbardziej efektywny. „Użytkownik cieszy się szerokim i ostrym polem widzenia bez żadnych opóźnień.” Nie rozumiem, skąd się tu wziął czas. Coś ze mną jest nie tak. Byłam w radiu. Okazało się, że dziennikarka w młodości miała kłopoty z gramatyką. Zdarza się. Kto ich nie ma? Dobry żart tynfa wart. Dziennikarka radiowa brała korepetycje u mojej pani nauczycielki języka polskiego. Świat jest mały, śmieje się. A ja nawet tego małego świata nie widzę. Bo żołądek dokucza. Jak nigdy dotąd.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Coś ze mną jest nie tak. Świat bólami rzuca się na mnie i we mnie. Najgorszy jest ekran laptopa. I cały spisany dorobek intelektualny. Każdy drobiazg teraz chętnie ucieka. Swoją boczną drogą. Jak tu pisać? Jak tu czytać? „Zalecamy abyś oparł się pokusie używania swojej starej pary okularów. Przyspieszy to znacznie Twoją adaptację.” Koniec cytatu.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/17276928-114081769388009678?l=judith-krakow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://judith-krakow.blogspot.com/feeds/114081769388009678/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=17276928&amp;postID=114081769388009678' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/114081769388009678'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/114081769388009678'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://judith-krakow.blogspot.com/2006/02/szkoa-widzenia.html' title='Szkoła widzenia'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-17276928.post-114021584030928186</id><published>2006-02-16T23:36:00.000+01:00</published><updated>2006-02-17T23:37:20.350+01:00</updated><title type='text'>Rekapitulacja</title><content type='html'>Zdania z zeszytu szkolnego: ponieść klęskę, ponieść porażkę – odnieść sukces, odnieść zwycięstwo. Antonimy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Długo mnie nie było. Staram się odnaleźć czas. I siebie. Dziś rano – znowu. Marsz kawalerii Kilara w dwójce. Fragment muzyki do filmu „Kronika wypadków miłosnych”. Radio kłania się oczywiście Andrzejowi Wajdzie z powodu Złotego Niedźwiedzia. Ale ja odbieram ten marsz jako znak z nieba. Że nie wolno się rozpraszać. Palec osobisty pana Konwickiego.&lt;br /&gt;Wczoraj – dołek, mimo telefonu od Kaspra, że skończył redakcję pocztówek. I miłych słów dotyczących nie tylko tekstów. W nocy bóle w nogach.&lt;br /&gt;Przedwczoraj – to samo, mimo Walentynek i bardzo serdecznego maila z Gdańska.&lt;br /&gt;Poniedziałek – trzynastego. Nic dobrego nie wróży. Wolfgang odlatuje.&lt;br /&gt;Niedziela – telefon od Matki. Myślę, że ktoś umarł, ale ona tylko o jakimś pilnie potrzebnym, własnoręcznym podpisie, poświadczonym notarialnie. Kompletne załamanie. &lt;br /&gt;Sobota – jedenastego. Urodziny Romki. Wolfgang urzęduje w kuchni domu Łaskiego i nawet mnie stamtąd wypędza. Chińska kolacja z Dorotką i Beniem.&lt;br /&gt;Piątek, dziesiąty – obchodzimy 146 miesięcy małżeństwa. W samolocie między Berlinem a Krakowem kartkuję na pół śpiąca wywiad-rzekę z Konwickim. Rzuca mi się w oczy to, czego szukałam. „To jest niezwykle ważne – znaleźć swój głos, własny sposób widzenia. Przecież każdy widzi świat inaczej.”&lt;br /&gt;Czwartek – Berlin. Poranne zmęczenie, lekki kac, tai chi na Akazienstrasse, kawa z Rheą, Heiko, Ursulą, Hildegard w kawiarni Bilderbuch. Dostaję od U. zdjęcia obrazu olejnego nieznanego mistrza, „Święta Anna i święty Joachim przy złotej bramie”, wiszącego w muzeum de Arte Sacra w Funchal na Maderze. Podobno ów portret przedstawia polskiego króla Władysława III, zwanego Warneńczykiem i jego portugalską żonę Eanes. Wolfgang dołącza prosto z pociągu. Potem teść, teściowa, szwagier. Nocne piwo w Zwiebelfisch. &lt;br /&gt;Środa – lot do Berlina. Prywatna lekcja u Moniki na Akazienstrasse. Doświadczenie przestrzeni zewnętrznych (o tym później więcej, obiecuję). Wspaniały wieczór damski z Marią K. u Włocha.&lt;br /&gt;Wtorek, siódmego lutego: kończę o świcie pierwszy rozdział. Odrabiam zaległości. Idę do optyka i zamawiam nowe okulary. Do wszystkiego. Do pracy na komputerze. Do czytania. Do jazdy samochodem (choć ani nie mam samochodu, ani nie umiem prowadzić). Do oglądania telewizji (choć telewizora nie mam). Do chodzenia po ulicy, w słońcu lub śniegu, po lesie, po Krakowie, po Berlinie, po całym świecie. &lt;br /&gt;Poniedziałek – męczę się ostatnimi zdaniami. Niespodziewana kolacja z Marcinem Starym.&lt;br /&gt;Niedziela – męczę się ostatnimi zdaniami. Pół wieku szewcowej Friedy. Spacer do Panieńskich Skał.&lt;br /&gt;Sobota – męczę się ostatnimi zdaniami.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tyle antonimów. Ponoszę porażki. Twórcze. Ponoszę klęski. Osobiste. Odnoszę sukcesy. Nad czasem. Nad czasem. Odnoszę zwycięstwa. Nad dniami tygodnia. Tyle. Zdania z zeszytu szkolnego.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/17276928-114021584030928186?l=judith-krakow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://judith-krakow.blogspot.com/feeds/114021584030928186/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=17276928&amp;postID=114021584030928186' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/114021584030928186'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/114021584030928186'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://judith-krakow.blogspot.com/2006/02/rekapitulacja.html' title='Rekapitulacja'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-17276928.post-114011523315894871</id><published>2006-02-03T19:38:00.000+01:00</published><updated>2006-02-16T19:43:51.776+01:00</updated><title type='text'>Z lotu ptaka</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/blogger/4091/739/1600/sm000051-Seeadler.0.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;" src="http://photos1.blogger.com/blogger/4091/739/320/sm000051-Seeadler.0.jpg" border="0" alt="" /&gt;&lt;/a&gt;Kilka dni temu czytałam w gazecie, że nad Wisłą w Warszawie pojawiło się kilkanaście orłów bielików. Latają podobno między Starym Miastem a Laskiem Bielańskim – czyli pod oknem Grażynki, mojej skromnej, niewidzialnej sekretarki. Nie mogłam wtedy o tym pisać, bo obowiązywała cisza narodowa. Również mnie. Oprócz tego dopiero dziś ma to jakiekolwiek znaczenie. Bo dziś urodziny Grażynki. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Pij, nieszczęsny, pij nepenthes, i zapomnij o Lenore!”&lt;br /&gt;Kruk mi na to: „Nevermore!”&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Niebo nad ul. Bruna, obok Pola Mokotowskiego, codziennie wczesnym rankiem i tuż przed zapadnięciem zmroku robi się czarne od pospolitych gawronów. Krukowate nadlatują od strony Śródmieścia i przysłaniają mieszkańcom ulicy widok na Pałac Kultury. Są ich tysiące. Wszystkożernych. O ostrym, silnym dziobie. O upierzeniu czarnym z połyskiem fioletowym. Zlatują wieczorem. Zbierają się do snu na wierzchołkach starych topoli. I wylatują nad ranem. Z ohydnym krakaniem. Płoszą lokatorom dziesięciopiętrowych punktowców sen z powiek. Niedługo odwilż. Narzekają. Wymęczeni ludzie. I smród będzie taki, że nie można otworzyć okien. W marcu zaczyna się okres lęgowy. Już teraz gawronie kupy wyżerają lakier z karoserii aut i niszczą paniom ubrania. Strach zaprosić gości, mówią i spacerują pod osłoną parasola lub gazety po chodnikach pokrytych odchodami.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Czy jest balsam w Gileadzie, abym ją zapomnieć mógł?”&lt;br /&gt;„Nevermore!”, zakracze Kruk.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Urzędnicy magistraccy w Krakowie od lat podkreślają z pewnym smutkiem ogromną inteligencję krukowatych na Plantach. Zwykła inteligencja służby krakowskiej nie ma szansy wygrać z nadinteligencją ptactwa. Nadzieja mieszkańców z ul. Bruna w Warszawie na drapieżnika, jastrzębia, sokoła lub nawet sokolicę, które przegoniłyby gawrony z ich ulicy, na nic się nie przyda. W Krakowie już wiedzą, że krukowate, gdy widzą sokoła, chowają się z ohydnym krakaniem w koronach drzew. A wtedy sokoły baranieją. Wysłano więc wystraszone jastrzębie na Wawel, gdzie teraz w spokoju polują na wróbelki. Na Plantach natomiast zaczęto strącać krukowatym gniazda, co ograniczyło ich liczbę. Pozostały gawrony zdegenerowane i pozbawione uczuć. One się przyzwyczaiły do sprowadzonych armatek szybkostrzelnych. Polubiły wystrzały i z radością witają jadącego traktorem człowieka, który do nich strzela. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Czy w Edenie żyje ona? I czy wezmę ją w ramiona,&lt;br /&gt;Tę, o której tylko anioł po imieniu mówić mógł?&lt;br /&gt;Moją świętą, jasną, czystą, gdy w Edenu wejdę próg?”&lt;br /&gt;„Nevermore!”, zakracze Kruk.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Orły przednie zamieszkują skały i lasy Europy, Azji i Ameryki. W Polsce występują rzadko. Bieliki o upierzeniu brązowopłowym i o białym ogonie pokazują się przeważnie na wybrzeżach morskich północnej Eurazji. Z zasady unikają ludzi, ale dzisiaj zebrały się pod oknami jubilatki. Są chronione, więc nic im nie grozi. Siedzą spokojnie na krze koło mostu Śląsko-Dąbrowskiego i polują na kaczki i ryby. Tylko tutaj mogą natrafić na niezamarznięte odcinki rzeki.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/17276928-114011523315894871?l=judith-krakow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://judith-krakow.blogspot.com/feeds/114011523315894871/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=17276928&amp;postID=114011523315894871' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/114011523315894871'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/114011523315894871'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://judith-krakow.blogspot.com/2006/02/z-lotu-ptaka.html' title='Z lotu ptaka'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-17276928.post-113958104458226641</id><published>2006-02-02T15:16:00.000+01:00</published><updated>2006-02-10T15:17:24.593+01:00</updated><title type='text'>Matka Boska Gromniczna</title><content type='html'>Dotrzymałam żałoby narodowej. Milczałam. Pokornie. Pracowałam. Jak mrówka. Umysłowo. Patrzyłam przez okno w zimne niebo. Milcząc. Poddałam się natchnieniu. Myśląc. Nad literą e„M”. Uwielbiam literę „M”. Ciągle mi jej za mało. Więcej zbierało się ostatnio kropek. Ubóstwiam je wręcz. Kropki. Jak najwięcej kropek. Dwukropek. Wielokropek. Kropka w kropkę. Kropka nad i. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dziś święto Matki Boski Gromnicznej. A ja zostaję w domu. Czterdzieści dni po Bożym Narodzeniu. W Krakowie kończy się okres świąteczny. Nareszcie z drzew dookoła rynku zdejmują świecące jaskrawo w nocy dekoracje. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;U nas chodziło się tego dnia do kościoła. Kiedyś, dawno temu. Matka mówiła, że to zdrowe. Chroni gardło. Na całą resztę zimy. Przed bólem. I zapaleniem. I oskrzela. Narządy oddechowe. Ksiądz przykładał każdemu dziecku dwie poświęcone świece – gromnice – dookoła szyi, jakby chciał je rytualnie udusić tym poświęconym woskiem – i coś tam mamrotał. Nie pamiętam, czy świece w rękach księdza paliły się. Jak przy prawdziwie umarłych. Czy płonęły. Czy miękki wosk kapał mi się na drżące plecy. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nic nie pamiętam. W radiu mówią, że to też święto oczyszczenia Maryi. W tym kraju radio wszystko wie najlepiej. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;U pana K. odkryłam – po raz kolejny – fascynację literą „K”a. Kojran, Korwin, Kaziuk, Kękuś, Kuba, Kwok, Krupa, Krywko, Komar, Konar ... i jak im tam wszystkim. Bohaterom powieściowym. Dwadzieścia lat temu autor wpisał mi do swojej książki, wtedy najnowszej, dedykację „Kochanej Pani J., na pamiątkę wspólnej męki”. Nie ma nic gorszego od pamięci. Dla bohaterów powieściowych. Nazwanych kolejnymi kombinacjami zaczynającymi się literą „K”. Ćwiczę myślenie przestrzenne. Myślenie alfabetyczne. Przestrzegam puste pokoje. Kiedyś je umebluję. Na pewno. Na pierwszym piętrze domu Łaskiego wszystkie puste pokoje mają numer i literę. A lub B. Nikt nie wie, dlaczego. A dlaczego pokoje na poddaszu, pokrzywdzone poniekąd, obdarzone są tylko numerami? Ja mieszkam w pokoju z numerem 22. I tyle. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dziś święto Matki Boski Gromnicznej – to, oczywiście, nazwa ludowa, jak wielu innych rzeczy na świecie. Jakby z radia. Gdyby to radio zawsze było. Kalendarz życia konsekrowanego podaje natomiast pod drugim lutego „Ofiarowanie Pańskie”, „Przyjście Pana do świątyni”. „Ofiarowanie Jezusa świątyni”. Dziś koniec żałoby narodowej. Której dzielnie przestrzegałam. Uparcie milcząc. Pracując. Jak mrówka. Myśląc nad literą „K”a. Jestem zdrowa. W pokoju z numerem dwadzieścia dwa. Nic mi nie dolega. Ani w gardle, ani w brzuchu, ani w nogach. A z drzew na rynku nareszcie zdejmują kolorowe nocne dekoracje.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/17276928-113958104458226641?l=judith-krakow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://judith-krakow.blogspot.com/feeds/113958104458226641/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=17276928&amp;postID=113958104458226641' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/113958104458226641'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/113958104458226641'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://judith-krakow.blogspot.com/2006/02/matka-boska-gromniczna.html' title='Matka Boska Gromniczna'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-17276928.post-113873796294864743</id><published>2006-01-29T16:00:00.000+01:00</published><updated>2006-01-31T21:06:02.996+01:00</updated><title type='text'>Katastrofa budowlana</title><content type='html'>Ćwiczę myślenie geometryczne. Ostatnio miewam sny konstruktywistyczne. Ciągle chodzę po ciemnych kondygnacjach. W dzień i w nocy. Dom Łaskiego w Krakowie opustoszał. I będzie stał prawie pusty jeszcze przez dłuższy czas.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kto to słyszał, żeby z powodu „katastrofy budowlanej” (dosłownie taki przed chwilą nadali komunikat w polskim radiu) ogłaszać 80. godzinną żałobę narodową? &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Obowiązuje od teraz. Nie bardzo wiadomo, dlaczego właśnie od „teraz”, dwadzieścia dwie godziny i trzy kwadranse po runięciu hektara dachu z wysokości jedenastu metrów. Wprost na hodowców gołębi, na klatki na ptaki, na zwiedzających międzynarodową wystawę gołębi pocztowych. Żałoba obowiązuje od teraz, czyli od dziś, od godziny 16-tej – ponieważ dopiero przed chwilą skończył się turniej skoków narciarskich w Zakopanem. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ćwiczę myślenie geometryczne. W cyklu „egzystencjalnych” powieści Tadeusza Konwickiego badam układ statystyczny fikcjonalnych przestrzeni. Przed chwilą dopiero pojęłam ciężar pojedynczego słowa. I zrozumiałam wymiar jego bezpieczeństwa. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kto to słyszał, by z powodu katastrofy budowlanej – spowodowanej zapewne partactwem ludzkim – ogłaszać 80. godzinną żałobę narodową, wywierać presję na ludzi, by padali na kolana, modlili się, oddawali krew, lamentowali, oddawali się narodowemu męczeństwu, przepisanej martyrologii. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ćwiczę myślenie geometryczne. W najnowszej powieści Magdaleny Tulli (Skaza, 2006) można przeczytać, jakie konsekwencje pociągają za sobą błędy w konstrukcji. Przyzwyczajenia do fuszerstwa. Do krzywego szwu. Zawsze mówiłam, że ta autorka nie pisze o jakiejś smętnej, dalekiej przeszłości – tylko o tym, co nas wszystkich czeka. Ale nikt nie chce tego słuchać. Ani czytać. Co też jest normalne. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ćwiczę myślenie geometryczne.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/17276928-113873796294864743?l=judith-krakow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://judith-krakow.blogspot.com/feeds/113873796294864743/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=17276928&amp;postID=113873796294864743' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/113873796294864743'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/113873796294864743'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://judith-krakow.blogspot.com/2006/01/katastrofa-budowlana.html' title='Katastrofa budowlana'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-17276928.post-113854781664162262</id><published>2006-01-25T16:15:00.000+01:00</published><updated>2006-01-29T17:37:48.593+01:00</updated><title type='text'>Odczytanie chmury</title><content type='html'>Romka przysłała mi linka do jej ulubionej strony z pogodą. „Możesz odczytać temperaturę, opady, wilgotność, siłę i kierunki wiatru oraz chmury”, pisze. I dodaje inne, bardziej jeszcze pocieszające słowa – przeznaczone wyłącznie dla mnie. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Odczytuję teraz chmury z http://weather.icm.edu.pl/ i polecam wszystkim.&lt;br /&gt;Odczytuję temperaturę odczuwaną. Maksymalną, uśrednioną, minimalną. Odczuwana temperatura o tej porze roku zawsze jest niższa od rzeczywistej. Zastanawiam się, jak ta tabela wygląda w upalny dzień sierpniowy. Odczytuję odczuwaną temperaturę nocy styczniowej. Skóra człowieka jest bardziej wrażliwa na wiatr. Niż na minusowe stopnie pokazane na termometrze zewnętrznym. Przyklejonym do okna w kuchni. Skóra człowieka jest najbardziej tajemniczą częścią ciała. Wrażliwa na prędkość wiatru. Na kierunek wiatru. Na siłę wiatru. Chmury natomiast nie bardzo ją obchodzą. Chyba że ulegają oberwaniu. Albo nieustannie z nich pada. Deszcz. Albo śnieg.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nareszcie mam pogodę w pokoju pod dachem. I bezchmurne niebo nade mną. Bezkresną lodowatą obojętność. Czekam teraz na chmury. Wysokie lub niskie. Byle wiszące. Wędrujące. Po firmamencie. Pędzące. Co sił. We wszystkie cztery strony świata. Wtedy nam z Aniołkami będzie dobrze.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zupełnie nie wiem, jak to się stało, że od kilku dni ciągle jestem głodna. Zaczęło się chyba, jak jeszcze Wolfgang był w Krakowie. Tak. Teraz pamiętam. Nawet dokładnie. Kiedy głód nastał. I gdzie. W Muzeum Narodowym. W sobotę około czwartej po południu. W galerii sztuki polskiej XX wieku. W holu wejściowym na drugim piętrze. Zanim na Błoniach zapadła miłosierna noc. Przed jednym z dwóch ekranów, na których czterech (ci sami na obu) młodych artystów rozważało problem nowatorstwa w sztuce. Kiedyś jeszcze istniało coś takiego jak awangarda. Dziś strach i śmiech pomyśleć. Z tysiąc razy słyszałam frazę najspokojniej na świecie wygłaszaną przez jednego z nich, który nic innego nie mówił tylko: „nie, to już było”, „było, było”, „już było”, „na pewno było”, „było...”. Tyle tych „było” ... – wszystko już było. Tylko wyskoczyć przez okno kuchenne – gdyby nie było w suterenie i zakratowane. Oni siedzieli w pochmurny dzień na działce. Na drewnianych ławkach. Potem wczesną wiosną w amfiteatrze wielkomiejskim. Też na drewnianych ławkach. Obrośniętych bujnymi chwastami. A mnie złapał głód. Wilczy głód. Jak oberwanie się chmury. Gwałtowny spadek ciśnienia. Hektopaskali. Cukru. Energii. W żołądku. W żyłach. W sercu. Że ledwo trzymam się na nogach. Chodźmy stąd. Powiedziałam Najmilszemu. Chodźmy stąd. Szybko. I wyciągnęłam go z Muzeum Narodowego na Aleje Mickiewicza. Tam wisiały jeszcze strzępki światła dziennego. I kurtyna deszczowa. To był początek najkrótszej wiosny tego roku. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Najważniejsze dla żołądka – to jednak chmury. Romka ma rację. Najważniejsze dla skóry – wiatry. A dla innych części ciała – zobaczymy. Od kilku dni ciągle jestem głodna. A przydział papieru toaletowego w tym domu jest surowo limitowany. Cumulonimbusy raczą wiedzieć dlaczego. Skarżyłam się tyle razy, aż dostałam w końcu (wczoraj) całe opakowanie. Sześć rolek. O zapachu morskiej bryzy. Zaleca się na lepsze trawienie smutku.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/17276928-113854781664162262?l=judith-krakow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://judith-krakow.blogspot.com/feeds/113854781664162262/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=17276928&amp;postID=113854781664162262' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/113854781664162262'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/113854781664162262'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://judith-krakow.blogspot.com/2006/01/odczytanie-chmury.html' title='Odczytanie chmury'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-17276928.post-113854604802376707</id><published>2006-01-24T21:46:00.000+01:00</published><updated>2006-01-29T15:47:28.036+01:00</updated><title type='text'>Ziąb</title><content type='html'>Nie wychodzę. Wczoraj zrobiłam zakupy. Na zawsze. Kiedy wróciłam z lotniska autobusem 192, śmierdzącym i brudnym – ale punktualnym. Wysiadłam przy Kasztanowej. Jak zawsze. Poszłam do sklepu nr 27 handlowej spółdzielni „Jubilat”. Jak zawsze. Kupiłam same białe rzeczy. Na mróz. Mleko, jogurty naturalne (półlitrowe kubki), masło ekstra, biały ser. I rzeczy ciemne. Jak noc styczniowa. Chleb razowy. Dynię łuskaną. Daktyle suszone. Gorzką czekoladę. Na depresję. Bałam się, że wszystko zamieni się w wielką kostkę lodu. Podczas krótkiego marszu pingwinów do domu. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie wyjdę. Już nigdy. Rano zrobiłam sobie śniadanie. W nieprzychylnej kuchni. Znowu jestem sama. Wszyscy powyjeżdżali. A reszta śpi. Nie ma nikogo. Już nigdy nie będzie. Ani w domu. Ani poza domem. Patrzę przez okno w niebo. Nie ma ptaków. Nie ma dzięcioła. Nie ma szpaków. Aniołka z konewką też zmartwiona. Malutkie aniołki sztywne ze strachu. Wykrochmalone. Patrzę przez okno na park. Nie ma ludzi. Nie ma psów. Nie ma babć. Nie ma dzieci. Nie ma nikogo. I już nigdy nie będzie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie wyjdę. Nigdy więcej. Wieczorem tylko biegiem do chen-Marcina. Z odludnego domu, przez odludny park, przez odludną ulicę. Nie ma nikogo. Logicznie jest, że jeśli formę chen zaczynamy krokiem w lewo – to na koniec dostawimy z powrotem tę właśnie lewą nogę. Wszystko się zamyka. Dziś dopiero, po prawie czterech miesiącach ćwiczeń u Marcina zrozumiałam właściwy sens słów „staw skokowy”. Nic więcej już nie jest mi potrzebne. Wróciłam do jedynego ciepłego pokoju pod dachem Domu Łaskiego. I nigdy więcej. Nie wyjdę.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/17276928-113854604802376707?l=judith-krakow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://judith-krakow.blogspot.com/feeds/113854604802376707/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=17276928&amp;postID=113854604802376707' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/113854604802376707'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/113854604802376707'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://judith-krakow.blogspot.com/2006/01/zib.html' title='Ziąb'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-17276928.post-113822231440007543</id><published>2006-01-23T15:51:00.000+01:00</published><updated>2006-01-25T21:54:28.483+01:00</updated><title type='text'>Życie Pingwińskie 2</title><content type='html'>I Wolfgang poleciał z powrotem do Berlina. W trzaskający mróz. Zabrał ze sobą Ursulę, nową stypendystkę z Priegnitz. Dopiero przyjechała i już ma coś do załatwienia w domu. Na zawsze odpłynął wczoraj Marcin Stary. W siarczysty mróz. Zostawił mi mandarynki i kawę rozpuszczalną. Za wszystkimi wychodzącymi zatrzasnęły się drzwi. Drzwi pokoju. Drzwi Domu Łaskiego. Drzwi taksówki. I bagażnik.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jesteśmy znowu sami w tym pustym ogromnym domu. Ja z Marcinem Młodym.&lt;br /&gt;Dopiero teraz uświadomiłam sobie, że jeden Marcin mieszkał pode mną. A drugi obok mnie. Po prawej. Po lewej nie ma nikogo. A nade mną jest spadzisty dach. I na nim leżą dachówki. Jedna obok drugiej, blisko siebie. Zachodzące na siebie. Nieprzemakalne. Przeciwdeszczowe. Przeciwśniegowe. Teraz je pokrywa szron. Resztki śniegu spłynęły w sobotę podczas odwilży. Podczas krótkotrwałego intermezzo. Tak zwanego niespodziewanego nastania chwilowej wiosny. Zanim nastąpił gwałtowny skok temperatury. W naszym życiu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Rano Wolfgang spał. A ja pisałam. On chrapał. A ja biegałam. Palcami. Po klawiszach. Potem go obudziłam. A on mi opowiadał kolejny odcinek wielkiej epopei heroikomicznej na dzień dobry. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wszystkiego będzie mi znowu brakowało. Jego. Chrapania. Opowiadania. Na dobranoc. Na dzień dobry. Naszych codziennych pingwińskich rytuałów. Tańców miłości.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zanim zatrzasnęły się wszystkie drzwi, śniło mi się, że weszłam do ciemnego budynku. Do nowoczesnego siedmiopiętrowego biurowca. Nie pamiętam, skąd wiem, ile miał pięter. Ale pamiętam, że wiedziałam. Weszłam tylko w dość malutki, nędzny hol. Przez oszklone drzwi, które się zamykały za mną bezdźwięcznie. Na zawsze. Wiedziałam. Skąd to wiedziałam, nie wiem. Ściany wyłożone były sztucznymi drewnianymi płytami. Bardzo gładkimi. Ciemnomahoniowymi. Bardzo chłodnymi. Nieprzepuszczalnymi. Zdystansowanymi. Pod opuszkami palców. Pod dłońmi. Szukałam kontaktu. Obiema rękoma. Szukałam po omacku. Nie ruszając nogami. Sparaliżowana ze strachu. Chciałam tylko zapalić światło. Nie było kontaktu. Nie było lamp. Nie było oświetlenia sufitowego. Nic nie było. Tylko w głębi malutkiego holu otwarte były drzwi do windy. A winda oblana jaskrawym światłem. Bałam się przeciąć ciemną przestrzeń. Bałam się, że drzwi windy mogłyby się znienacka zamknąć. Za wcześnie. Zanim zdążę. Bo ktoś ją woła do góry. Choć wiedziałam, że nie ma żywej duszy w tym budynku. Że nigdy żadnej duszy tu jeszcze nie było. Bałam się, że zostanę zupełnie bez światła. Bałam się, zbliżyć się do windy. Bałam się wejść do windy. Bałam się tego, że w windzie będę wprawdzie otoczona światłem, ale zamknięta. W przestrzeni z automatycznie zamykającymi się drzwiami. W zwężonej przestrzeni, która sama decyduje o swoim kierunku jazdy. Bałam się. We śnie. I stanęłam na miejscu. We śnie. Postanowiłam poczekać na świt. We śnie. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nasze pingwińskie rytuały. Rano Wolfgang śpi a ja wstaję. On chrapie a ja piszę. On głośno. Ja szybko. Potem on, nie całkiem dobudzony, w półśnie opowie mi dziwaczną historię na dzień dobry.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Było tak potwornie zimno, że nawet płakać mi się nie chciało na lotnisku. Bałam się, że łzy wryją się głęboko w policzki. I poparzą skórę. Czuję ostry mróz na skórze. A piekielny ból pod skórą. Taksówkarzowi zamarzł taksometr. Wyliczył mi cenę z pamięci. Całkiem przyzwoitą. Samolotowi wszystko jedno, jaka jest temperatura na ziemi.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/17276928-113822231440007543?l=judith-krakow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://judith-krakow.blogspot.com/feeds/113822231440007543/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=17276928&amp;postID=113822231440007543' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/113822231440007543'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/113822231440007543'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://judith-krakow.blogspot.com/2006/01/ycie-pingwiskie-2.html' title='Życie Pingwińskie 2'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-17276928.post-113822184514203001</id><published>2006-01-19T21:42:00.000+01:00</published><updated>2006-01-25T21:55:25.076+01:00</updated><title type='text'>Życie Pingwińskie 1</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/blogger/4091/739/1600/penguinorigami.0.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;" src="http://photos1.blogger.com/blogger/4091/739/320/penguinorigami.0.jpg" border="0" alt="" /&gt;&lt;/a&gt; Dziś przyleciał z Berlina Wolfgang. Wczoraj rano w całej Woli Justowskiej nie było wody. Pękła rura na 28 lipca. Nikt nie wie, dlaczego nasza ulica jest dniem. Dlaczego nasza ulica nosi datę. Jest oznaczona. Datowana. Dlaczego takim a nie innym. Miesiącem i dniem. Nawet nie wiem, nie mam pewności, z którego roku pochodzi ten dwudziesty ósmy lipca. Nieraz dostaję koperty priorytetem od znajomych, adresowane na „28 lipca 1843 roku”. Wtedy nie mogę się nadziwić skąd oni to wiedzą. W Beskidzie Niskim. W którym wieku jest moja ulica. Na tabliczkach na całej ulicy widnieje chyba inny rok. Z ulicami jest jak z winem. Z tabliczkami jak z etykietkami.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przyleciał z Berlina w świetnym humorze Wolfgang. Przywiózł jedzenie ze sklepu azjatyckiego na Alexanderplatz. Pachnący tajlandzki ryż. Piekielnie ostry sos sriratcha. Paprykę chili. Pędy sojowe. Sos sojowy. Tofu. Potem, wieczorem, nagle posmutniał. Zapomniał zabrać pałeczek. Musimy jeść widelcami.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pół dnia bez wody. Ręce myłam prowizorycznie w śniegu nad dachem. Twarz po krótkim wahaniu również. Nigdy dotąd nie czułam się tak bardzo odświeżona. Rześki chłód na czole. Boże, jak dobrze mi się po prowizorycznym śniadaniu pracowało. Pani Dorota postawiła nam butelkę wody z Willi. I nalaliśmy sobie kawy rozpuszczalnej i liście ginko. Postanowiłam nie wychodzić przez cały dzień.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dobrze, że Wolfgang przyleciał dopiero dziś. Choć wcale mnie nie interesuje cały ten Berlin. Ani gazety, ani listy, ani zaproszenia. Na „Wintergäste“ [Goście zimowi, imprezy w szwajcarskim Ebenrain]. Związek zawodowy VG-Wort. Trzeba się do końca miesiąca rozliczyć. Nie mam z czego. Coś z rodzinnego Liestal (nieprzetłumaczalne, niestety). Szwajcarzy zwariowali już kompletnie. Wszystko troskliwie przywiezione. A ja rzucam na stos „do przeglądania”. Teść. Owszem. Gdy myślę o nim czoło pochmurnieje. I gardło zaczyna boleć. Ale kto wie, gdzie on rzeczywiście jest. Czy w Berlinie? Czy gdzie indziej? Gdzie jego ręce budują? W dalszym ciągu budują. Noszą. Taszczą. Ciężko. Jestem pogrążona w myślach krakowskich. Woda znowu jest. Całe szczęście. A mróz stulecia stoi gdzieś za drzwiami. Autobus 192 jak zawsze pachnie wsią. Już nie jest tak bardzo przepełniony. Przewozi znacznie mniej turystów. Ale zapachu gnoju się nie pozbywa.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/17276928-113822184514203001?l=judith-krakow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://judith-krakow.blogspot.com/feeds/113822184514203001/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=17276928&amp;postID=113822184514203001' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/113822184514203001'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/113822184514203001'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://judith-krakow.blogspot.com/2006/01/ycie-pingwiskie-1.html' title='Życie Pingwińskie 1'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-17276928.post-113788689070051004</id><published>2006-01-17T08:39:00.000+01:00</published><updated>2006-01-29T19:59:43.906+01:00</updated><title type='text'>Dzięcioły</title><content type='html'>Na niedzielę przepowiadają piękną pogodę. Zakomunikował mi mailem mój mąż w sobotę ze Stralsundu. Poszłam więc na samotny spacer do lasu Wolskiego. A tam tłumy. Ojcowie z dziećmi. Na sankach. Dziadkowie z termosami. Na ławkach. Odśnieżonych chustką. Wnuczkowie płaczliwi, niecierpliwi, wiercący się. Aż kubek jeden się przewrócił. W grubych jednopalcowych rękawiczkach. I dzięcioły. Rodzina ptaków z rzędu łaźców. Duża głowa. Długi dziób. Nogi czepne z dużymi pazurami. Podporowy ogon. Zamieszkują lasy prawie całego świata.&lt;br /&gt;Z prognozą pogody jest kiepsko w tym kraju. W gazetach jej w ogóle nie ma. A w radiu mówią najwyżej o dwóch częściach kraju, w których ja najczęściej nie bywam. Rano o siódmej piętnaście. Na przykład: na Suwalszczyźnie. I na Dolnym Śląsku. Lub na Pomorzu. I w Puszczy Białowieskiej. Wiatr umiarkowany. Wyż zawitał do środkowej części kraju. Opady śniegu. I tak dalej. Nikt nie potrafi mi powiedzieć, jaka będzie pogoda w Woli Justowskiej. Jutro. Albo pojutrze. Chyba że brzuchaty mąż gdzieś tam na świecie sprawdzi na www.allewetter.de. I przyśle komunikat specjalny. Najwyższy czas na spacer. Nie ma takiego słowa. Allewetter. Błąd w opatrzności. Nie ma takiego numeru. Poszłam posłusznie do lasu Wolskiego. Skarżyć się niebu obojętnemu i ziemi zamarzniętej, że Marcin Stary denerwuje mnie swoim obsesyjnym już stwierdzeniem, że to, co ja robię, nie ma sensu. Że to, kim ja jestem, nie ma sensu. Jestem Szwajcarką piszącą w języku niemieckim i w języku polskim. Czekam na dzień, w którym w domu Łaskiego już nie będzie żadnego niemieckojęzycznego stypendysty. Nienawidzę nocnych dyskusji na temat mojego lub niemojego języka. Szwajcarzy nie mają języka. Żadnego. Biedacy. Dzięcioł trójpalczasty w Polsce zamieszkuje tylko w Karpatach i Puszczy Białowieskiej, jest czarno-biały a samiec ma żółty wierzch głowy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I zaraz dostałam za swoje. Pod Panieńskimi Skałami stał człowiek, samotny, wpatrzony przez lornetkę w blade niebo, opatulony, jak wszyscy o tej porze roku, watowaną kurtką, z czapką na głowie i szalikiem dookoła szyi. Jak tu poznać człowieka? Czarna sylwetka w białym lesie. I już. Wystarczy. Myśli moje zanurzone w zawziętej przekorze. Buty moje zatopione w mokrym śniegu. Niewinny inny Marcin, nauczyciel tai chi, stoi w niedzielę w lesie Wolskim. A ja go nie poznaję. Obserwuje ptaki. I poznaje mnie. Tak samo jak poznałby rzadkiego w Polsce samca dzięcioła białogrzbietego z czerwonym wierzchem głowy. Wita. A ja, głupia, nieprzytomna, nie wiem, czy jestem z tym człowiekiem na ty czy na szanowny pan. Skonsternowana milczę. Od zeszłej zimy zawsze noszę czerwony szalik i czerwone buty i czerwoną opaskę na czole. Mnie łatwo poznać. On dla mnie był wyrwany z kontekstu (trening chen taijichuan w sali gimnastycznej na piętrze Domu Kultury „Wola”). Ja dla niego widocznie nie. To znaczy, że on spostrzega świat w całości. A ja tylko w pojedynczych strzępach. Oliwkowozielony dzięcioł też ma czerwony wierzch głowy i w Polsce jest pospolity. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W poniedziałek rano wszystko się ułożyło. O wpół do ósmej zjawił się właściwy ton mojego-niemojego języka na klawiszach laptopa. Podczas naszych ćwiczeń na piętrze Domu Kultury, na dole najczęściej ktoś gra na pianinie. Raz lepiej, raz gorzej. Ale nie ma to w ogóle znaczenia. Dobra tonacja. Adekwatna wibracja spółgłosek. Koniec udręki. Wielka, niespodziewana poniedziałkowa ulga. Teraz wiem, jak pisać. O Konwickim. Po polsku. Kolejną nikomu niepotrzebną książkę. Spokojnie zeszłam więc do kuchni na śniadanie. Uzbrojona w pewność. Siebie. Nie do obalenia. Na poranne zetknięcie przy kawie rozpuszczalnej z Marcinem Starym. Bo reszta jeszcze śpi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Od dziś wstaję o 6-tej. O tej porze najlepiej mi się pisze. Radio pani Krakowskiej mnie budzi. Przed siódmą nadają mój ulubiony fragment z muzyki filmowej Wojciecha Kilara do „Kroniki wypadków miłosnych”. No proszę. W Polsce dość rzadki jest dzięcioł czarny, a wszystkie dzięcioły są objęte ochroną gatunkową.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/17276928-113788689070051004?l=judith-krakow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://judith-krakow.blogspot.com/feeds/113788689070051004/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=17276928&amp;postID=113788689070051004' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/113788689070051004'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/113788689070051004'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://judith-krakow.blogspot.com/2006/01/dzicioy.html' title='Dzięcioły'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-17276928.post-113769491496756976</id><published>2006-01-13T21:20:00.000+01:00</published><updated>2006-01-19T19:21:55.140+01:00</updated><title type='text'>Aleja duchów</title><content type='html'>Dziś trzynastego. Wczoraj kupiłam nowe wydanie „Pół wieku czyśćca”, rozmów Stanisława Beresia z Tadeuszem Konwickim z roku 1984. Nie całkiem nowe, bo ukazało się już dwa lata temu. Dla mnie nowe. Bo bez tych rozmów nie sposób myśleć poważnie o Konwickim. Nie sposób myśleć poważnie o napisaniu książki o Konwickim. A pierwsze (londyńskie), drugie (w drugim obiegu), trzecie (niby oficjalne) – wszystkie pod pseudonimem już dawno rozszyfrowanym jakiegoś pana Nowickiego – leżą w Berlinie. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dzisiaj wpisał mi pan Bereś do książki ciepłą dedykację. Całkiem niespodziewanie, jak cały mroźny trzynasty stycznia. Zjawił się w Willi, ponieważ Marcin Starszy wrócił.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W nowym wydaniu prawie nie ma nowych słów. Oprócz przejmującej, aktualnej przedmowy rozmówcy. Oczywiście. Pamiętam tamte czasy w Warszawie. Byłam wtedy bardzo naiwną dziewczyną z warkoczami. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ale są nowe zdjęcia. Autorstwa Niny Taylor – dom w Kolonii Wileńskiej, w którym mieszkał młody Mistrz. Stan obecny. Autorstwa nieznanego – w Chinach w 1956. Bez dodatkowego komentarza. Młody pan Konwicki przed klęczącym słoniem. Napisałam maila do ślubnego sinologa. Z pytaniem – gdzie to może być. Odpowiedź błyskawicznie dotarła do pokoju pod dachem: aleja duchów, prowadząca do grobów cesarzy epoki Ming. Na północ od Pekinu. Wszyscy turyści w drodze do Muru Chińskiego tam się zatrzymują – w celu zrobienia zdjęć (stan obecny można zobaczyć na stronie: http://www.henner.info/chona/2004_0423_4.jpg). Stoją tam pary zwierząt. Naprzeciw siebie. Przy alei. Skamieniałe ogromne zwierzęta. Składają hołd zmarłym cesarzom. Jest para klęczących słoni. I para stojących. Mistrz stoi przy klęczącym słoniu i głaszcze go po nosie. Powyżej nasady trąbki. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mail skończył irytującym dla mnie pytaniem: Czy nie byliśmy tam razem?&lt;br /&gt;Dalsza rozmowa toczyła się na skype: &lt;br /&gt;- Nie pamiętam. &lt;br /&gt;- Gdybyśmy tam byli, musiałabyś pamiętać.&lt;br /&gt;- Raczej tak.&lt;br /&gt;- Pamiętam, że byliśmy na Murze.&lt;br /&gt;- Tak. Też pamiętam. &lt;br /&gt;- Mam Twoje zdjęcie.&lt;br /&gt;- Na murze?&lt;br /&gt;- Tak!&lt;br /&gt;- Sama?&lt;br /&gt;- Tak!&lt;br /&gt;- Pamiętam. Zrobione przez kobietę, która miała imię na „M”. Więcej nie pamiętam.&lt;br /&gt;Spotkaliśmy się w Chinach. Najmilszy Berlińczyk i ja. Kiedy to było? Tuż przed masakrą na placu Tiananmen. Potem ja wróciłam do nudnej Szwajcarii. A on do zbulwersowanego Berlina. I na trzy lata zapadło milczenie. Na amen.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Koniec dygresji. Najwyższa pora. Odtąd muszę się skoncentrować wyłącznie na Konwickim. Mam swoją biblię. Pół wieku czyśćca. I dedykację pod trzynastym.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/17276928-113769491496756976?l=judith-krakow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://judith-krakow.blogspot.com/feeds/113769491496756976/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=17276928&amp;postID=113769491496756976' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/113769491496756976'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/113769491496756976'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://judith-krakow.blogspot.com/2006/01/aleja-duchw.html' title='Aleja duchów'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-17276928.post-113726348617987152</id><published>2006-01-11T22:31:00.000+01:00</published><updated>2006-01-29T19:57:08.273+01:00</updated><title type='text'>Autorytet</title><content type='html'>Autorytet po polsku jest rzeczownikiem męsko-nieosobowym. Autorytet – to po polsku gramatycznie nie człowiek. Sprawdziłyśmy z nauczycielką w słowniku. Zaskoczyło nas, że wyjaśnienie wyrazu (które następuje w słownikach zawsze wtedy, kiedy sam wyraz wydaje się autorom słownika niedostatecznie sam siebie wyjaśniający) zaraz po dwukropku, jako pierwszy synonim, jako pierwszą semantyczną możliwość podaje słowo „człowiek”. Autorytet: „człowiek, instytucja, doktryna, pismo itd.”. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Problem wyskoczył podczas niewinnej konwersacji. &lt;br /&gt;- Co robisz?&lt;br /&gt;- Piszę. Cytuję autorytetów.&lt;br /&gt;- Cytuję autorytety – poprawia nauczycielka.&lt;br /&gt;- Dlaczego? – Ciskam pioruny. – Cytuję specjalistów. Cytuję kolegów. Cytuję znawców.&lt;br /&gt;- Niestety. Specjalista. Kolega. Znawca. Wybrałaś same męskie rzeczowniki na –a, odmieniające się jak żeńskie. A one – na-a, jak kobieta, nie sprawiają nam trudności. Nigdy. &lt;br /&gt;- Dobrze – nie daję łatwo za wygraną – cytuję fachowców. Cytuję naukowców. Cytuję konwickologów. Neurologów. Astrologów. Laryngologów. Ginekologów. Endokrynologów. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie chodzi o uzupełnianie hormonów. Zawzięcie staram się uprawiać literaturę kobiecą. W tej chwili, w moim krakowskim życiu, jedynym autorytetem jest – Marcin. Wczoraj po ćwiczeniach tai chi wydawało mi się, że nigdy się nie nauczę formy chen. Marcin nas wymęczył. Mnie w wieku przemiany i chłopców w wieku dojrzewania. Skarżyłam mu się potem. Marcinowi. Po raz pierwszy. Że się spociłam. Po raz pierwszy. Że mięśnie bolą. Po raz pierwszy. Że to dobrze. Uspokoił mnie. I miło się uśmiechał. Że to znaczy, że pracują. Mięśnie. Załamana wróciłam przez park do pustego domu obok willi i myślałam, że nigdy. Już nigdy. Tego się nie nauczę. A dziś skończyliśmy formę 19-ruchową. Trwa od 3 do 3,5 minut. Jest najprostszą z możliwych. Form. Dla początkujących. Dla tych, którzy nie mają czasu. Na ćwiczenia. I nagle umiem. Mniej więcej oczywiście. Ale umiem. Od momentu, w którym pożegnałam ambicję i starania. Teraz boję się tylko lecieć – jak wymaga to ostatni ruch przed zakończeniem formy – przez całą salę gimnastyczną na piętrze domu kultury „Wola”. A poza tym wszystko przewija się jak błyszcząca nić jedwabna. I wszystko jest w porządku. Doszłam na górę, weszłam do ciemnego domu Łaskiego, zrobiłam sobie w zimnej kuchni herbatę – i nagle spadło ze mnie całe niesamowite napięcie ostatnich dni. Ostatnich lat. Całkiem niespodziewanie. Jak tylko pożegnałam opór. Bunt. Zewnętrzny. I wewnętrzny. Usiadłam w nieprzytulnej kuchni. Jeszcze przed pełnią. I już. Nie chodzi o uzupełnianie hormonów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zmieniam tematy. Skaczę z tematu na temat. Zmieniam języki. Skaczę z niemieckiego na polski. Z polskiego na niemiecki. Nigdy nie miałam ojczystego języka. Bo mnie w domu uczyli mówić w jakimś dziwnym łagodnopagórkowatym dialekcie, którego nie da się ani opisać, ani zapisać. Który nie zna liter. Ani pisma. Ja natomiast mam język pod palcami. Na klawiaturze. Pod opuszkami. Nie w ustach. Nie w zębach. Nie w gardle. Teraz zmieniam też formy tai chi. Skaczę z chuan na chen. I nic mi nie jest. W moim pokoju rano ćwiczę chuan. U Marcina wieczorem ćwiczę chen. Powołuję się na poważne autorytety. Zdania z lekcji polskiego. Z zeszytu z nieuporządkowanymi notatkami. Ręcznie zresztą zrobionymi. Zmieniam ołówki. Zmieniam słowniki. Zmieniam pliki. Zmieniam Marcinów. Wolfgang wynalazł mi kolejnego. W internecie. Nazywa się lapidarnie Marcin w Krakowie (po niemiecku brzmi to bardziej nieskromnie, bo z rodzajnikiem określonym „Der Martin in Krakau”) i prowadzi blog „martininpolen” (nieskromnie tylko po niemiecku). W języku polskim nie ma rodzajników. Ani określonych, ani nieokreślonych. Autorytet jest rzeczownikiem męsko-nieosobowym.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/17276928-113726348617987152?l=judith-krakow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://judith-krakow.blogspot.com/feeds/113726348617987152/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=17276928&amp;postID=113726348617987152' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/113726348617987152'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/113726348617987152'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://judith-krakow.blogspot.com/2006/01/autorytet.html' title='Autorytet'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-17276928.post-113709332564833783</id><published>2006-01-08T20:14:00.000+01:00</published><updated>2006-01-12T20:15:25.873+01:00</updated><title type='text'>Ręka</title><content type='html'>W ogóle nie miewam snów. W Krakowie. To dziwne. Dom wydaje się pełen duchów. Żywią się przeterminowanymi niedojedzonkami stypendystów z całego świata. Ale w nocy wszyscy śpimy. Spokojnie. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wczoraj popadłam w głęboką depresję. Trwała krótko, ale męczyła mocno. Ból jest odwrotną stroną czasu. Intensywność jest ciemną stroną skurczu. Smutek nagle przytłoczył mi serce. Zdanie ze słownika. Na niewiele godzin. Dzisiaj poszłam do lasu na spacer. W poszukiwaniu powietrza. I jasnej strony świata. Znalazłam ją pod stopami. Las był biały. Ziemia pokryta lodem. Nad nim śnieg. Ze mną chodziły Polka i Tango. Czasami zjeżdżały na brzuchu. Po jasnej stronie świata. Zsuwały się na dół. Potem zaprowadziłam je na kopiec Piłsudskiego. Chwyciły mnie za rękę. Polka za lewą. Tango za prawą. Ciężko sapały.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W nocy przyszedł sen. Pierwszy sen w nowym roku. Pierwszy dwunożny sen w życiu. Przyszedł do Krakowa i podał mi rękę. Jakby chciał przeprosić. Ale nie mam pojęcia za co. Potem bez słowa pożegnania poszedł sobie. A swoją rękę zostawił mi na białym obrusie w kuchni. Do towarzystwa. Na śniadanie. Kuchnia ani we śnie, ani w rzeczywistości nie jest przytulna. Zupełnie bez sensu uświadomiłam sobie teraz, że sen podał mi lewą rękę. Jest mańkutem. Jak Aniołka. Sprzątaczka od czasu do czasu zmienia obrus. Stół przeznaczony jest na dwanaście osób. Bo tyle jest krzeseł. Ciężkich. Hałaśliwych. Drewnianych. Krzeseł. Z wysokimi oparciami. Jest gdzie opierać łokcie. Na stojąco. Lub tył głowy. Na siedząco. Jak kto woli. Ale nie ma nikogo. Obrus nietknięty. Obrus czysty. Obrus obrzydliwy. Pod śniegiem leży gruba warstwa lodu. Obrus zrobiony jest ze sztucznego materiału. Obrus jest wodoodporną metalową powłoką. Non-ironową. Nikt nie rozumie delikatności. Koszul męskich. Rano siedzę sama przy stole. W nieprzytulnej kuchni. Przy nienakrytym stole. Gdyby tu ktoś chciał gotować zupę lub zmywać talerze, nie można by było z nikim porozmawiać. Dlatego wyjechali wszyscy. Na święta prawosławne. Do Przemyśla. Według starego kalendarza. Nie sposób zrozumieć słowa. Akustyka stworzona jest przez ręce architektów. Teść buduje wieżowce. W sali jadalnej. Starym refektarzu. Dziadka bolą kolana. Na syntetycznym obrusie naprzeciwko mnie leży pojedyncza ręka. Owłosiona. Ciepła. Gruba. Może łapa. Futrzana. Nie. Ręka. Senna ręka. Ręka snu. Lewa ręka pierwszego dwunożnego snu stulecia. Która jest godzina? We śnie nie istnieje zegarek na rękę. Ani według starego, ani nowego kalendarza. Lewa ręka nie posiada paszportu ani tchawicy. Jeśli się dobudzę, dostawię jej drugą. Niech dualis w końcu się spełni. I wymyślę nam wszystkim historię. Wieczornego tête-à-tête. Z kieliszkiem Shiraz.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wczoraj popadłam w głęboką depresję. Bo na lekcji polskiego nauczyłam się, że nie mamy nic oprócz dwojga rąk. Pingwiny maja dwoje uszu, ale dzbanek ma dwa ucha. Daruma ma dwoje pustych oczu, ale na talerzu z rosołem pływają dwa grube oka tłuszczu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W ogóle nie miewam snów w Krakowie. Chciałam napisać kartkę poświąteczną, ponoworoczną do pewnej bardzo ważnej pani. Grzecznie po niemiecku. I ręcznie. Przy słowie „Zweidimensionalität” moja prawa ręka dostała furii i zaczęła kreślić „Dzwaj...”.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/17276928-113709332564833783?l=judith-krakow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://judith-krakow.blogspot.com/feeds/113709332564833783/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=17276928&amp;postID=113709332564833783' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/113709332564833783'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/113709332564833783'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://judith-krakow.blogspot.com/2006/01/rka.html' title='Ręka'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-17276928.post-113684002791611050</id><published>2006-01-06T14:49:00.000+01:00</published><updated>2006-01-10T11:31:39.276+01:00</updated><title type='text'>Marcinów część ósma</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/blogger/4091/739/1600/marcin1.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;" src="http://photos1.blogger.com/blogger/4091/739/320/marcin1.jpg" border="0" alt="" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Marcinów część siódma - zobacz „Żółty ryż”. &lt;br /&gt;W zeszłym roku roiło się od Marcinów. W moim krakowskim życiu. Teraz ich jest coraz mniej. Tutaj Ostatni Marcin wspina się do naszego wysokoalpejskiego schroniska.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;© Marcin Przedostatni&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/17276928-113684002791611050?l=judith-krakow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://judith-krakow.blogspot.com/feeds/113684002791611050/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=17276928&amp;postID=113684002791611050' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/113684002791611050'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/113684002791611050'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://judith-krakow.blogspot.com/2006/01/marcinw-cz-sma.html' title='Marcinów część ósma'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-17276928.post-113673850769983384</id><published>2006-01-04T15:40:00.000+01:00</published><updated>2006-01-08T17:41:47.946+01:00</updated><title type='text'>Żółty ryż</title><content type='html'>Wróciliśmy, jak obiecywałam, z Polką i Tangiem do pokoju na poddaszu. Dom Łaskiego jest pusty. Został tylko Marcin Młody. Mój sąsiad pod dachem, który przyjechał z własnym materacem. I wytrwale stara się kuchennymi wyziewami zapełnić cały stary, pusty dom.  &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wolfgang, mój brzuchaty mąż i osobisty kucharz wrócił do swoich studentów. Stołuję się więc znowu na mieście. Bo po co tracić czas na siekanie cebuli. Jestem kobietą w wieku dojrzałym. Huśtam się na huśtawce nastrojów. Rozpędzonej zaburzeniami hormonalnymi. Co tu dużo gadać. Wolfgang ma się dobrze. Nie musi ćwiczyć pozytywnego myślenia – bo ma je w sobie. Od urodzenia. Wyssał radość życia z mlekiem matki. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dlatego my przez całe życie małżeńskie jemy żółty ryż. Póki istniał cesarz chiński, żółty kolor zarezerwowany był dla niego. A dziś za pomocą kurkumy, kupionej w kilogramowych workach u Turka na Kreuzbergu w Berlinie, mój prywatny kucharz wesoło wszystko farbuje na słoneczną lub pomarańczową żółć: pachnący ryż tajlandzki, włoskie kluski, greckie krithiraki i pospolite ziemniaki. Ale też sosy, zupy i białe sery. I białe ściereczki. I białe odświętne koszule. I wykładzinę podłogową. I różne elementy, wykonane ze sztucznego materiału, wyposażenia kuchni. Mój kucharz gotuje wyłącznie ze świeżych warzyw. Z twórczym oddaniem. W kuchni nie cierpi głupich pytań głodnej żony. I miesza. I pryska. I kręci się. I kręci. I kręci. A w poniedziałki panią E. na nowo ogarnia rozpacz. Tych żółtych plam już nigdy się nie domyje.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mój kucharz ma nadwagę i przyjechał na święta do Krakowa z najmniejszą torebką kurkumy, którą sprzedają na Kreuzbergu. Niezwłocznie zabrał się do pracy. W kuchni Domu Łaskiego zauważył od razu żółte ślady. Resztę żółtego ryżu Marcina Młodego. W rondelku. Który teraz jemu, mojemu brzuchatemu mężowi, był potrzebny. &lt;br /&gt;- Nie może to być zły człowiek, jeśli gotuje z kurkumą – stwierdził potem.&lt;br /&gt;Ależ nikt nie ma zamiaru posądzić żadnego Marcina o brak dobroci.&lt;br /&gt;Ależ nikt nie ma zamiaru zbudować muru w Berlinie.&lt;br /&gt;Zeznania historyczne. Ja już nie wierzę ani słowom, ani obietnicom, ani zmysłom. Zapachy, które codziennie wypędzam ze schodów z pierwszego na drugie piętro, bo tam najchętniej wędrują z kuchni w suterenie, nie mają koloru żółtego. Ani właściwości świeżych składników. Sądząc po pozostałościach – ilości wyjedzonych słoików i puszek – Marcin Młody odżywia się w Krakowie jak w wysokoalpejskim schronisku. Konserwami. Żeby przetrwać. Podczas ostrej zimy. Nie wierzę w kurkumę. Resztka żółtego ryżu w garnku była incydentem efemerydalnym.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wróciliśmy, jak obiecywałam, z Polką i Tangiem do pokoju na poddaszu. Wchodząc z pierwszego piętra na drugie otwieram instynktownie okno. Mój pokój jest przestrzenią ścisle strzeżoną. Dołączyła trzecia aniołka. Prezent od dyrektorki biblioteki publicznej w Bochni. I dwa kubki aniołki. Prezent od nauczycielki polskiego. Nie mogę narzekać. Wszystkie złe duchy zostały spalone. Mój pokój jest czysty. Wolny od kuchennych wyziewów. Wolny od Marcinów. Wolny od koloru żółtego. Kurkumę wsypałam do pustego słoiczka po miodzie. Czeka w kuchni na kucharza. Jestem sama z Polką i Tangiem. Mam drugie biurko. Nareszcie mogę pracować. Rozłożyć papiery i pomysły. I dostałam drugą Maitreyę – Buddę przyszłości – na drugie biurko. Wiecznie uśmiechniętą. Jak Wolfgang. Z grubym brzuchem. Jak Wolfgang. Z instrumentem muzycznym. Jak Wolfgang. Gdyby w końcu wrócił do puzona. Buddę uniwersalnej miłości. Naprawdę nie mogę narzekać. Na pierwszym biurku leży grudka bursztynu. Prezent sprzed lat od Pani A. Huśtam się na huśtawce nastrojów. Rozpędzonej zaburzeniami hormonalnymi. Co tu dużo gadać.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/17276928-113673850769983384?l=judith-krakow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://judith-krakow.blogspot.com/feeds/113673850769983384/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=17276928&amp;postID=113673850769983384' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/113673850769983384'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/113673850769983384'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://judith-krakow.blogspot.com/2006/01/ty-ry.html' title='Żółty ryż'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-17276928.post-113657332761141128</id><published>2006-01-01T23:47:00.000+01:00</published><updated>2006-01-06T20:46:38.653+01:00</updated><title type='text'>Wycieczka w głąb gramatyki</title><content type='html'>Nowy Rok w Gdańsku. Ciąg dalszy. Do wieczora wszyscy znowu zgłodnieliśmy. Poszliśmy więc na wykwintną, pożegnalną kolację. Między sałatką a zupą Radek po tylu latach naszej znajomości, po tylu latach mojej męczarni z jego językiem, podał do stołu, zupełnie lekką ręką i ze świeżym noworocznym umysłem jakby „między-danie” - jak to zwykła określać moja świętej pamięci nauczycielka języka rosyjskiego w Bazylei, kiedy między przekąską a przystawką z rozkoszą zapalała pierwszego papierosa. &lt;br /&gt;A może to było „między-zdanie” Radka? &lt;br /&gt;- To jest bardzo proste – powiedział spokojnie Radek, który jest matematykiem i prawie wszystko wie. Jak mój brzuchaty Wolfgang. – Ty, Judytko i pies płci męskiej tworzą gramatycznie grupę „męskoosobową”. Ty, Judytko, jako kobieta, wnosisz do tej spółki z ograniczoną odpowiedzialnością „osobowość”, a pies „męskość”. W czasie przeszłym (bo w innym nie ma znaczenia) gramatycznie wychodzi ten psi-kobiecy joint venture w formie męskoosobowej na spacer.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Osłupiałam.&lt;br /&gt;- Chyba żartujesz ... – z trudem wydobywam z siebie .... a ten głos mój, samodzielny, od razu odmawia mi posłuszeństwa.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Aż mnie zatkało. A Radek wesoły, rozbawiony. Zaraz dostanie żurek. Zaprzecza. Z całych sił. Że całkiem poważnie. Mówi. Że nawet Polacy o tym nie wiedzą. Żadna pociecha. Myślę. Ostatnio często akurat to słyszę. Że nawet Polacy ... mają z tym i tamtym problem. Jakby fakt, że nawet Polacy ..., zapewniałby mi rozwiązanie mojego problemu. Z tym językiem. Najpiękniejszym komplementem minionego roku było stwierdzenie mojej nauczycielki, że awansowałam na poziom (lub standard?) błędów językowych rodzimych użytkowników. Czyli mam tyle samo znaków zapytania w głowie, co native speaker. Tylko że u mnie inaczej działają. Więcej dają mi do myślenia. I może to jest właśnie mój problem. Że za dużo myślę, rozważam, rozpatruję. Myślenie zatruwa życie. Językowe. Grażynka, moja dyskretna i sekretna „sekretarka” już dawno radziła śmiało zaufać intuicji. Ale mi zaginęła. Cała rozpalona namiętnie intuicja. W minionym roku. Wracajmy więc do Radka. Bo już skończył żurek.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- To jest matematyka – mówi matematyk żując resztkę bagietki. – A ona jest bardzo prosta. Człowiek płci żeńskiej jest gramatycznie rzeczą, tak samo jak ptak, ławka lub drzewo. Człowiek płci żeńskiej, czyli tak zwana kobieta może awansować gramatycznie na osobę, jeśli znajdzie sobie partnera. Partnerem może być albo człowiek płci męskiej. Albo byle jakie zwierzę, też płci męskiej. Jeśli, na przykład, kobieta zawrze alians gramatyczny z kaczorem, wtedy oboje uznani będą za męskoosobowych. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Powoli zaczynam rozumieć. Problem – mój, wyłącznie mój, a nie żadnych rodzimych użytkowników – polega na tym, że pierwsze lekcje języka polskiego brałam u Felka w Bazylei. Że Felek delektował się wypisywaniem wyjątków na tablicy. Godzinami. Tygodniami. Latami. Że Felek prowadził lekcje języka polskiego w języku niemieckim. Nie pamiętam, jak to w ogóle było możliwe. Ale pamiętam, że tak było. Że korzystał z gramatyki języka polskiego napisanej po niemiecku. Nie pamiętam, jak to było możliwe. Ale pamiętam, że tak było. I tam, w tej książeczce dyskryminujące polskie matematyczno-gramatyczne pojęcie „męskoosobowy” istniało w cudownym przeobrażeniu jako niemieckie „männlich belebt” [= męskoożywiony]. Przez cały czas, przez całą już wieczność, przez prawie tyle lat, ile znam Romkę, zatykało to idiotyczne słowo z gramatyki języka polskiego napisanej po niemiecku moje szare komórki. Męskoożywiony. Dlatego nigdy nie zrozumiałam, dlaczego byk gramatycznie jest niemęskoożywiony lecz rzeczowy – skoro to jest zwierzę z Arki Noego – tak samo jak lew, królik, kogut, wróbel, łabędź lub pingwin!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Felek jest wszystkiemu winien. Jutro wrócę z gdańskimi pingwinami do Krakowa. Wieczorem z przystanku autobusowego do Willi przejdę się z nimi, Polką i Tangiem, na piechotę. Pingwiny umieją chodzić tylko po śniegu. A tego na ulicy Kasztanowej w Krakowie na pewno nie brak. Pojutrze napiszę sprawozdanie do blogu. Wróciliśmy z Polką i Tangiem do domu.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/17276928-113657332761141128?l=judith-krakow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://judith-krakow.blogspot.com/feeds/113657332761141128/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=17276928&amp;postID=113657332761141128' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/113657332761141128'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/113657332761141128'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://judith-krakow.blogspot.com/2006/01/wycieczka-w-gb-gramatyki.html' title='Wycieczka w głąb gramatyki'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-17276928.post-113648619113149759</id><published>2006-01-01T10:35:00.000+01:00</published><updated>2006-01-06T00:05:58.266+01:00</updated><title type='text'>Nowy Rok w Gdańsku</title><content type='html'>Noc sylwestrowa minęła z hukiem, w zaspie śniegu i w świetnym humorze na najwyższej morenie nad Gdańskiem. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie pamiętam, ile razy już o tym pisałam. Wszyscyśmy się zestarzeli. Nie pamiętam, jakich zazwyczaj pięknych słów używałam. Teraz jest tak, że prawie dorosłe dzieci wychodzą na prywatki a rodzice mają wolną chatę. Syn Ewy i Janusza ma na imię Marcin. Następny w kolekcji. Kiedyś było odwrotnie. Ale nie pamiętam, w jakim poetyckim skrócie udało mi się już ująć całą naszą długą historię. Chodzi o to, że Romka jest pierwszą osobą, którą poznałam w Polsce. I którą do dziś znam. My z Romką znamy się dłużej, niż Romka z Radkiem, czy ja z Wolfgangiem, lub Romka z Ewą itd. Znamy się właściwie dokładnie co do dnia dwadzieścia sześć lat i pięć miesięcy. Spotkałyśmy się po raz pierwszy pierwszego sierpnia 1979 roku w Osieku nad Wisłą. Pod wieczór. Ja byłam na rowerze i zmęczona etapie dnia. Romka była na wakacjach i znała trochę angielski. Ja szukałam noclegu. Ona miała dziadków i wujostwo. I tyle.&lt;br /&gt;W zeszłym roku (nie, półtora roku temu!) obchodziłyśmy naszą srebrną rocznicę w Darłowie. Razem z rowerami (oczywiście innymi niż wtedy) i mężami.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Romka w życiu pozawakacyjnym mieszka w Gdańsku. Wtedy w Osieku, po śniadaniu w kuchni ciotki, napisała mi adres gdański na karteczce, lub w moim zeszytowym dzienniku z podróży (już wtedy nieustannie robiłam notatki). Nie pamiętam (ale w Berlinie da się to sprawdzić pewnego dnia). A ja wtedy w życiu pozawakacyjnym mieszkałam w Bazylei. Z Romką spotkałam się po raz pierwszy na zwykłej brukowanej drodze w dniu szwajcarskiego święta narodowego. A dlaczego Szwajcarzy akurat tego dnia świętują, w którym myśmy się spotkały, tego też nikt nie wie. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I wcale nie mogę sobie przypomnieć, dlaczego – już podczas moich warszawskich studiów, na samym początku w 1983 roku – została zainicjowana tradycja wspólnego spędzenia nocy sylwestrowej. Wiadomo, ile się zmieniło w międzyczasie. A my, ludzie staroświeccy, trzymamy się reguły. Tradycji. Przyzwyczajenia. Nawyku. Kto wie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nic nie pamiętam. Wszyscyśmy się zestarzeli. Poszliśmy z Wolfgangiem na spacer przed śniadaniem.  Nad Motławą. Wesoło nam było. Noc sylwestrowa minęła z hukiem. W zaspie śniegu. I w świetnym humorze na najwyższej morenie nad Gdańskiem.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/17276928-113648619113149759?l=judith-krakow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://judith-krakow.blogspot.com/feeds/113648619113149759/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=17276928&amp;postID=113648619113149759' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/113648619113149759'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/113648619113149759'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://judith-krakow.blogspot.com/2006/01/nowy-rok-w-gdasku.html' title='Nowy Rok w Gdańsku'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-17276928.post-113595912219451347</id><published>2005-12-30T17:10:00.000+01:00</published><updated>2006-01-03T12:04:29.313+01:00</updated><title type='text'>Komunikat nadzwyczajny</title><content type='html'>&lt;div align="center"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;a href="http://photos1.blogger.com/blogger/4091/739/1600/PICT0251.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center;" alt="" src="http://photos1.blogger.com/blogger/4091/739/320/PICT0251.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt; &lt;p align="center"&gt;&lt;span lang="PL"  style="font-size:12;"&gt;© &lt;/span&gt;Romana Babnis&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W nocy z czwartku na piątek weszły w nasze życie dwa dorosłe pingwiny gdańskie. Nadali&lt;span lang="PL"  style="font-size:12;"&gt;ś&lt;/span&gt;my im imiona Polka i Tango. &lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/17276928-113595912219451347?l=judith-krakow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://judith-krakow.blogspot.com/feeds/113595912219451347/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=17276928&amp;postID=113595912219451347' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/113595912219451347'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/113595912219451347'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://judith-krakow.blogspot.com/2005/12/komunikat-nadzwyczajny.html' title='Komunikat nadzwyczajny'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-17276928.post-113580728065187032</id><published>2005-12-28T23:00:00.000+01:00</published><updated>2006-01-04T21:22:30.143+01:00</updated><title type='text'>Bagua i Daruma</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/blogger/4091/739/1600/bagua.gif"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;" src="http://photos1.blogger.com/blogger/4091/739/320/bagua.gif" border="0" alt="" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Wolfgang przywiózł mi z Chin wklęsłe zwierciadło na złe duchy. Wgłębiona powierzchnia lustra otoczona jest drewnianą ramką w formie ośmiokąta, a po każdej z ośmiu stron namalowany jest triagram. Czyli Bagua. Do mojego pokoju pod dachem. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wolfgang przywiózł nam z Japonii dwie Darumy na szczęście rodzinne. Parę – jedna jest czerwona, druga biała. Możesz wybrać. Zaproponował. Jak zawsze. Dobroduszny. A ja wezmę tę, która pozostanie. Darumy mają dwoje pustych oczu, bez tęczówek, bez źrenic. W Nowy Rok pomalujemy jedno oko. To jest czysty czas przyszły. Postawimy malutką czarną kropkę na środku pustej bieli, na więcej nas nie stać. Nie posiadamy ani kolorów, ani talentu. Ale wystarczy ciemna kropka – i oko będzie pełne wyrazu, a my musimy sobie czegoś pięknego życzyć. Każdy osobno. I dla siebie. Ze swoją Darumą. Ja z białą. Wolfgang z czerwoną. Tak wybiorę. A jemu nic innego nie pozostanie. Świat jest niesprawiedliwy. Ale jeśli nasze osobne życzenia spełnią się, będziemy musieli pomalować drugie oko. Każdy na swojej Darumie. To jest czysty czas przyszły drugi. Postawimy malutką czarną kropkę na środku pustki. Oko ożywi martwą biel. I spalimy głowę z masy papierniczej. Każdy osobno. I dla siebie samego.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Szczęście jest nie do powstrzymania.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zwierciadło na złe duchy jest wklęsłe. To znaczy ma powierzchnię, która wznosi się od środka ku brzegom i przyciąga złe duchy jak lep w kuchni babci przyciąga w lecie muchy, i spala je. Gdyby zwierciadło było wypukłe (w Chinach również takie są w sprzedaży), też przyciągałoby zło, ale w celu rozpryskania go. To znaczy, zło sprawiedliwie rozrzucone zostałoby na moich sąsiadów w domu Łaskiego. I przynosiłoby nieszczęście wszystkim otaczającym mnie w Krakowie Marcinom. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nieszczęście jest nie do powstrzymania. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wolfgang cieszy się życiem jak mało kto. Dlatego z Chin przywiózł mi wklęsłe zwierciadło na złe duchy. Wgłębiona powierzchnia lustra otoczona jest drewnianą ramką w formie ośmiokąta, a po każdej z ośmiu stron namalowany jest triagram. Czyli Bagua. Do mojego pokoju pod dachem. Dla moich sąsiadów. Dla domu. Dla miasta. Urbi et orbi. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Szczęśliwego Nowego Roku i Wszystkiego Najlepszego! Jutro pojedziemy do Gdańska, do Romki i Radka, do Ewy i Janusza. Do moich pierwszych i najlepszych przyjaciół w tym kraju. Do końca roku do internetu już nie trafię.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/17276928-113580728065187032?l=judith-krakow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://judith-krakow.blogspot.com/feeds/113580728065187032/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=17276928&amp;postID=113580728065187032' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/113580728065187032'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/113580728065187032'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://judith-krakow.blogspot.com/2005/12/bagua-i-daruma.html' title='Bagua i Daruma'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-17276928.post-113580626973181280</id><published>2005-12-24T16:43:00.000+01:00</published><updated>2005-12-28T22:44:29.800+01:00</updated><title type='text'>Święta w Krakowie</title><content type='html'>Business as usual: Wolfgang gotuje (ostre hinduskie potrawy), ja sprzątam (typowo po helwecku). &lt;br /&gt;Mżawka. Wiatr za ciepły. Miasto za puste. Mimo to Wolfgang kupił mi wełnianą czapkę. I spotkaliśmy się z Magdą M. z Berlina w Prowincji. Kawa, szarlotka, koniak. &lt;br /&gt;Pogodnych, radosnych Świąt Wam Wszystkim!&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/17276928-113580626973181280?l=judith-krakow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://judith-krakow.blogspot.com/feeds/113580626973181280/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=17276928&amp;postID=113580626973181280' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/113580626973181280'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/113580626973181280'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://judith-krakow.blogspot.com/2005/12/wita-w-krakowie.html' title='Święta w Krakowie'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-17276928.post-113580611734785281</id><published>2005-12-22T22:40:00.000+01:00</published><updated>2005-12-28T22:42:53.020+01:00</updated><title type='text'>Pod dachem</title><content type='html'>Wróciliśmy. Do mojego pokoju w Krakowie. Wolfgang wozi książki, papiery i koszule przez Kraków, Warszawę i Gdańsk do Stralsundu. W kuchni list z Kwiatonowic. Kasper przysłał mi kolejne odbitki dot. Generała Bijaka. Dowiedziałam się w międzyczasie, że miał siostrę. Jemy u Jaremy.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/17276928-113580611734785281?l=judith-krakow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://judith-krakow.blogspot.com/feeds/113580611734785281/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=17276928&amp;postID=113580611734785281' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/113580611734785281'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/113580611734785281'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://judith-krakow.blogspot.com/2005/12/pod-dachem.html' title='Pod dachem'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-17276928.post-113580594295307661</id><published>2005-12-21T22:38:00.000+01:00</published><updated>2005-12-28T22:39:02.966+01:00</updated><title type='text'>Berlin. Ulica Huttena</title><content type='html'>Kawiarnia „Bilderbuch” [książka z obrazkami]. O dziesiątej. Na ulicy akacjowej. Umówiłam się z nimi wszystkimi. Z Hildegard, Marią K. i Rheą. W kolejności alfabetycznej. Z Rheą rok temu byłam w Kwiatonowicach. W marcu spotkałyśmy się na wyspie Maui i okrążyłyśmy wulkan helikopterem. A teraz. Jak zawsze. Nie macudu. Lecz kawiarnia „Książka z obrazkami” w dzielnicy Pięknej Góry [Schöneberg]. Maria K. marszcząc czoło – jest kobietą mądrą – twierdzi, że Wróżka kłamie. Tylko Hildegard jest optymistką.&lt;br /&gt;Czuję się nadal jakby na dworcu głównym. Niewiadomo którego miasta. Której stolicy. Którego kraju. Życie w takt. Sekundy. &lt;br /&gt;Plac Goslarski. Po trzynastej. Spóźniliśmy się. Obiad u teściowej. Od początku grudnia mieszka sama. &lt;br /&gt;Ulica Huttena. O piętnastej. Pierwsze piętro. W środku miasta. Dom starców. Oczy teścia błyszczą. Lubi młodsze od niego kobiety. Nadal. Ale to już wszystko. Ręce nie mają co robić. Głowa wróciłaby do domu. Ale nogi już nie udźwigną ciała. Język już nie wysławia żadnej myśli. Dusza nie zna wyjścia. Na dworze robi się ciemno. Świadomości chce się spać. Na przeciwko w AGD wszystko można kupić. Towar biały. Lodówki. Pralki. Zmywarki. Kuchenki. Miksery.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/17276928-113580594295307661?l=judith-krakow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://judith-krakow.blogspot.com/feeds/113580594295307661/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=17276928&amp;postID=113580594295307661' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/113580594295307661'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/113580594295307661'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://judith-krakow.blogspot.com/2005/12/berlin-ulica-huttena.html' title='Berlin. Ulica Huttena'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-17276928.post-113580017617932178</id><published>2005-12-20T22:58:00.000+01:00</published><updated>2005-12-28T21:02:56.190+01:00</updated><title type='text'>Berlin. Basen Anioła</title><content type='html'>Jakby na przycisk. Język się zmienia. Przełącza na niemiecki. &lt;br /&gt;O ósmej wybiegam z domu. Do lekarki za rogiem. Potrzebny jest mi trzeci zastrzyk na tężec. Potem będę miała spokój na następne dziesięć lat. Powiedziała mi lekarka rok temu. I prosiła, żebym pamiętała. Przyjść. Za rok. Czas staje się coraz bardziej względny. A myśli coraz bardziej jasne. &lt;br /&gt;Wolfgang śpi mniej więcej tyle godzin, ile spędził w samolocie. Wczoraj. Lub przedwczoraj. Nie mam pojęcia, skąd się bierze czas. &lt;br /&gt;O dwunastej mam wizytę u fryzjerki na placu Łużyckim. Chcę się pozbyć farby na głowie. Resztki japońskiej czerwieni. Nie rozumie. Nic mi się nie chce wyjaśniać. &lt;br /&gt;Trwają prace przy Basenie Anioła. Wykopują go. Jak podczas pierwszej zimy. Kiedy to było? Kiedy przeprowadziliśmy się do wschodniej części miasta. Do cieni po murze. Którego wtedy już nie było. Czas nie zna granic. Teraz ponownie wydobywają gruzy i piasek z Basenu. W grudniu. Wzmacniają nareszcie (po ilu latach?) brzegi. Wsypują żwir. Odcinają trzciny. Łabędziątka dorosły, zrobiły się białe i odleciały. Tak samo czaple. Wzięły nogi za pas. Wielkimi krokami. Przyjdzie zima. Która w tym roku? &lt;br /&gt;O trzynastej zmierzam w kierunku Schönleinstrasse. Przez Kottbusser Tor. Przemierzam jakby ogromną poczekalnię. Dworca głównego. Na ziemi niczyjej. Gdzie zlikwidowali kierunki jazdy. I poczucie bycia w domu. &lt;br /&gt;Wolfgang pojechał w odwiedziny do ojca, który go nie rozpoznaje. &lt;br /&gt;Wieczorem siedzimy w naszej kuchni. Pijemy czerwone wina.&lt;br /&gt;Archanioł na dzwonnicy ruiny kościoła św. Michała jest teraz oświetlony nocą. Skądś tu przypływają pieniądze. A nad dawną strefą śmierci zbija się czas na niebo.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/17276928-113580017617932178?l=judith-krakow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://judith-krakow.blogspot.com/feeds/113580017617932178/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=17276928&amp;postID=113580017617932178' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/113580017617932178'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/113580017617932178'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://judith-krakow.blogspot.com/2005/12/berlin-basen-anioa.html' title='Berlin. Basen Anioła'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-17276928.post-113580095788374700</id><published>2005-12-19T23:06:00.000+01:00</published><updated>2005-12-28T21:15:57.883+01:00</updated><title type='text'>Życie na biało</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/blogger/4091/739/1600/48_thumbnail.0.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;" src="http://photos1.blogger.com/blogger/4091/739/320/48_thumbnail.0.jpg" border="0" alt="" /&gt;&lt;/a&gt; Nasze życie pingwińskie: spotkamy się w Berlinie. Wolfgang leci pod wiatr. Zajmuje mu to czternaście godzin zamiast trzynastu. Spóźnił się na połączenie we Frankfurcie. Wylądował późniejszym samolotem w Tegel. Walizka jego nie nadążyła. Ja ląduję punktualnie na lotnisku Schönefeld. Mam tylko bagaż ręczny i udaję się w kierunku dworca kolejki miejskiej. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nasze życie pingwińskie: jemy u Toni. Wolfgang jest zmęczony. Ja czekam w nocy na walizkę. Czuję się gościem we własnym mieszkaniu. Szukam śladów (czegokolwiek) na pustym biurku. Walizka puka do drzwi po północy. Tragarz pyta, czy zbieram kamienie. Owszem, przytakuję. Ale to jest walizka męża. Który już spokojnie śpi. I zbiera sny. Pomiędzy Guangzhou a Berlinem. Ja przybyłam tylko z Krakowa. I mimo to nie wiem, gdzie jest moje miejsce.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/17276928-113580095788374700?l=judith-krakow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://judith-krakow.blogspot.com/feeds/113580095788374700/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=17276928&amp;postID=113580095788374700' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/113580095788374700'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/113580095788374700'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://judith-krakow.blogspot.com/2005/12/ycie-na-biao.html' title='Życie na biało'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-17276928.post-113551406776693790</id><published>2005-12-17T23:43:00.000+01:00</published><updated>2005-12-25T13:34:27.776+01:00</updated><title type='text'>Dwukropek</title><content type='html'>Zadania domowe. Po dopełniaczu przejdziemy niezwłocznie do znaków interpunkcyjnych. Do dwukropków. Nazar przysłał mi ze Lwowa emaila. A nie list. W znanym poetyckim skrócie. „Dziękuję za uświetnienie jesieni”. Bez kropki. Po polsku. I po niemiecku. „Danke für die Herbstverbesserung”. Wracam myślami do dawnych czasów. Do liści jesiennych. Do Boga, który w wierszu Nazara jest zaimkiem nieokreślonym. A u mnie, gdybym była poetką, mógłby zasłużyć najwyżej na przecinek. Oczy zatopione są w śniegu. Za oknem. W powietrzu. Nad dachem. Zaraz wszystko się pokryje. Warstwą świeżego, mokrego, ciepłego śniegu. I nic więcej już nie widzę. Ani nie czuję. Po północy zadzwonię po raz ostatni w tym roku do Wolfganga do Guangzhou. Obudzę go. Bo u niego noc już minęła. Chcę, żeby zdążył na samolot. On zresztą też. Potem się położę. I prześpię ostatnie bóle samotności. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przeżyłam dziś wieczór poezji Wiesławy Szymborskiej. W Krakowie, w Centrum Sztuki Japońskiej manggha. W maju przeżyłam spotkanie autorskie z Tadeuszem Konwickim. W Warszawie, w kawiarni wydawnictwa Czytelnik. Jedno nie ma nic wspólnego z drugim. Tak to bywa. Chyba że fakt, że podczas obu spotkań padało. Zaraz tu wszystko pokryje się grubą warstwą miękkiego śniegu. I fakt, że dziś Szymborska, a wtedy Konwicki zgodzili się podpisywać książki. A uprzejmość starszych pisarzy przemienia tłum wielbicieli w żarłoczną zgraję. Przykro mi, ale nie znam na to innego słowa. Tego Canetti nigdy w życiu nie doświadczył. Masy wielbicieli polskich. W Centrum Sztuki Japońskiej, przed stolikiem laureatki literackiej Nagrody Nobla. Masy wielbicieli polskich. W kawiarni Czytelnika przed stolikiem Mistrza. Pani wydawczyni dziś prosiła o wyrozumiałość. Cicho i grzecznie. Że nie można. Że absolutnie nie wolno. Że co tu Państwo wyrabiają. Nie można rozgnieść pisarki. Tym bardziej poetki. Pan wydawca spojrzał na to wszystko bez słowa. W garniturowej czerni. Osłaniał koleżankę po piórze od tyłu. Ja wiem, co się w jego głowie działo. Bo ja go znam. I czytam z jego oczu. Z wysokiego czoła. Stworzył mu się wiersz. Następny. A ja, będąc nie-poetką, zazdroszczę mu. Talentu. Zdolności. Rzemiosła krótkiej formy. Zwięzłej formułki. Męskich słów. Ja jestem sążnista. Potrzebuje mnóstwa słów. I autorytetów z biblioteki z mieszkania pod Archaniołem. Przyszedł mi do głowy tylko Elias Canetti. Jego książki. Z półki w korytarzu. Masa i władza. Masa drapieżna. Sumienie słów. Canetti w życiu nie doświadczył polskiej kolejki. Ja już po raz drugi. Takiej. Właśnie. Postpeerelowskiej. Kolejki. Dzikich zwierząt. W której brak wszelkiej przyzwoitości. Przepraszam bardzo. Nie czytam wierszy. Przyznam otwarcie. Ale chętnie słucham. Czytanych przez poetów. Wierszy. Skromność słów pani Szymborskiej tonęła w zachłannej polskiej postkomunistycznej kolejce. W sforze. W łapczywej nagonce. Nic na to nie poradzę. Jedna pani rozpaczliwie krzyczy „A gdzie tu jest główny nurt kolejki?” - bo wydaje jej się, że stoi po tej stronie sali w mandze, po której kolejka się nie przesuwa ani na jotę. Dlatego pcha się całymi siłami. Na moje plecy. A druga obok mnie narzeka na brak logistyki. A ja nie mogę złapać oddechu. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przeżyłam. Podziękowałam wydawcy. Schudłam ze dwa kilo. Przynajmniej. Mokra od potu. Czekałam na przystanku na autobus i bałam się, że się przeziębię. Takie to czasy. Dzisiejsze. W autobusie do domu przeczytałam wszystkie wiersze. Tomik kończy się dwukropkami. I jest otwarty. Okrągły. Podwójny. Nigdy więcej nie będę prosiła polskiej poetki lub polskiego pisarza w Polsce o autograf po spotkaniu autorskim. Szkoda słów. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po północy zadzwonię po raz ostatni w tym roku do Wolfganga do Guangzhou. Obudzę go. Bo u niego noc już minęła. Do jutra wszystko będzie pokryte grubą warstwą niewinnego śniegu. I nic więcej już nie widzę. Ani nie czuję. Ani nie słyszę. Chcę, żeby zdążył na samolot. I prześpię ostatnie bóle samotności. Po dopełniaczu zawsze następuje tylko dwukropek.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/17276928-113551406776693790?l=judith-krakow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://judith-krakow.blogspot.com/feeds/113551406776693790/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=17276928&amp;postID=113551406776693790' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/113551406776693790'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/113551406776693790'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://judith-krakow.blogspot.com/2005/12/dwukropek.html' title='Dwukropek'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-17276928.post-113528623340971121</id><published>2005-12-14T22:14:00.000+01:00</published><updated>2005-12-22T22:17:13.420+01:00</updated><title type='text'>Dopełniacz i biernik</title><content type='html'>Jeszcze nie ma połowy grudnia, a już minęła ostatnia lekcja polskiego w tym roku. Dobrze, że przedłużyli mi stypendium. Bo nic jeszcze nie dotarło. Do rozumu. Do głowy. Do palców. Z tego języka. Nawet odwrotnie. Mam wrażenie, że wszystkiego mi ubywa. Głowa się ulatnia. Zupełnie. Myśli. Mózg. Komórki. Znajdują się jakby poza mną. Ciało rozkłada się. W pojedyncze słowa Marcina. W sali pod dachem. W Klubie Kultury „Wola”. &lt;br /&gt;Wola nadal dla mnie jest dzielnicą warszawską. Nic na to nie poradzę. Ulica Rabsztyńska. Tam mieszkałam w tym roku, w którym pracowałam w Warszawie. Pod koniec którego wzięliśmy ślub. Jedno nie ma nic wspólnego z drugim. Żaden taksówkarz nie wiedział, gdzie ona jest. Ta ulica Rabsztyńska. Na Woli. A tu kręgosłup. Barki. Ramiona. Rozwijanie Jedwabnego Kokonu. Lub po chińsku Chan si gong. A ja się teraz boję. Powiedzieć. Napisać. Cokolwiek. Stoję na czatach (zdaję sobie sprawę, że dziś jest to dwuznaczne położenie ciała). Pilnuję się. Żeby nie zrobić głupstwa. Zdanie z otwartego słownika. Na ekranie laptopa. Za tekstem. W następnym oknie. Ciągle coś sprawdzam. W tym oknie. Czasownik dokonany. W tamtym oknie. Czasownik niedokonany. Straciłam niewinność. Znaki zapytania świdrują mi czoło. Pewnie tak nie może być. W języku polskim. I Grażynka zaraz mi tu namaluje czerwoną mordkę w tekście. Czyli emotikon. Keep smiling. Zwykły uśmiech. Lub uśmiech figlarny. Straciłam ducha. W Woli Justowskiej. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dziś ostatnia lekcja. W tym roku. Dobrze, że przedłużyli mi stypendium. Dziś dopełniacz i biernik. Fleksja rzeczowników. Forma męskoosobowa. Forma niemęskoosobowa. Czyli rzeczowa. Marcin Starszy w pokoju pode mną śmieje się ze mnie (oczywiście razem nie ze mną), że zastanawiam się na tym, dlaczego genitivus po polsku nazywa się dopełniacz a acusativus biernik. Wydaje mi się, że „biernik” etymologicznie ma podobne źródło (i w związku z tym wspólne znaczenie) co „bierny”, „bierność” - a dopełniacz co „dopełnić”. On się śmieje i czyta „korespondencje prywatne” w Kurierze Lwowskim z roku 1892. A dla mnie nagle wszystko staje się problemem. Językowym. Nie wiem, na przykład, czy słowo „osoba” jest osobą czy rzeczą. Czy ono jest rzeczownikiem rodzaju żeńskiego czyli rzeczą niemęskoosobową. I czy między jednym a drugim istnieje w ogóle różnica. Nauczycielka rzuciła dziś niewinnie myśl, że nie wiadomo, czy to jest dopełniacz czy biernik. To słynne „kogo/co”, co mam w głowie od pierwszych lekcji, od pierwszych chwil w tym kraju, od pierwszych zetknięć z tym językiem. Zawsze wydawało mi się to bardzo niestosowne. Ale wszyscy namiętnie to powtarzali. Kogo. Co. Studenci na polonistyce. W dusznej bibliotece uniwersyteckiej. Zuzia. Boże, ile to lat temu. Kogo/co. Ja w to pytanie nigdy nie wierzyłam. I dlatego nie wiem. Do dziś. Dlaczego pan X kupił Mercedesa lub Fiata. A pan Y samochód. Dlaczego jeden kupił dopełniacz. A drugi biernik. I nie wiadomo, czy taki dopełniacz nie jest identycznie brzmiącym biernikiem. Dlaczego dzisiaj wszyscy piszą mail-a i sms-a, ale listonosz wręcza zwykły list polecony? Dzisiaj więc zgubiłam ostatnią resztkę ufności. Do palców. Klawiszy. Pojęć. Gdzie do licha mieści się „męskoosobowość” w samochodzie marki Fiat? &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dopisek G.:&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;Do diabła z przypadkami, męskoosobowością, kim/czym – pora zaufać intuicji. Jestem pewna, że bezpiecznie możesz sobie na to pozwolić.&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/17276928-113528623340971121?l=judith-krakow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://judith-krakow.blogspot.com/feeds/113528623340971121/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=17276928&amp;postID=113528623340971121' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/113528623340971121'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/113528623340971121'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://judith-krakow.blogspot.com/2005/12/dopeniacz-i-biernik.html' title='Dopełniacz i biernik'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-17276928.post-113459243255059143</id><published>2005-12-13T21:33:00.000+01:00</published><updated>2005-12-28T09:23:06.816+01:00</updated><title type='text'>Marcinów część szósta</title><content type='html'>Marcinów część piąta - zobacz „Druga Aniołka”. Roi się od Marcinów. W moim krakowskim życiu. O jednym za mało tu jeszcze było. Mimo że nieustannie jest. Obecny. Mianowicie o tłumaczu. Marcin tłumacz pracuje w księgarni. I w zasadzie jest Niemcem. Umyślnie piszę „w zasadzie”. Bo wiadomo. Niemiec, pracujący od trzech lat w krakowskiej księgarni. Niemiec, pracujący od pięciu latach na wydziale prawa na Uniwersytecie Jagiellońskim. Szwajcarka-stypendystka. Wszyscy mamy obywatelstwo na niby. Posiadamy paszporty w zasadzie. I na łatwiejsze przekraczania granic. Na nic więcej. Bo wolimy być, pracować, mało zarabiać, dobrze spędzać czas. W Polsce.&lt;br /&gt;Czyli Marcin tłumacz. Tłumaczył mi fragment z „Seiden” z niemieckiego na angielski. Zupełnie przyzwoicie. Mówi też po polsku. Zupełnie przyzwoicie. Od ponad miesiąca wymieniamy nocne emaile. Spotykamy się w księgarni. Czasami zajęty jest tam pralką. Albo robi mi latte macchiato. To jest księgarnia, w której wszystko jest. Możliwe. A Marcin jest bardzo młody. Bardzo wrażliwy. Wygląda raczej na człowieka muzyki niż książki. Myślałam. Kiedyś na początku. Mimochodem. Nikomu w zasadzie takie myśli nie są potrzebne. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W nocy przed wyjazdem do Rzeszowa dopiero zrozumiałam. Nigdy nie wiadomo, skąd się bierze rozumienie. Ani niezrozumienie. Głupota. Spryt umysłowy. Wiosną, ledwie wróciwszy z Japonii, wyjechałam na weekendowy kurs tai chi nad morze. Na Usedom. Blisko polskiej granicy. Pamiętam, podczas przerwy obiadowej robiłyśmy długie spacery. Jednego dnia w jedną stronę. Północno-zachodnią. Aż do Heringsdorfu. Drugiego dnia w drugą. Południowo-wschodnią. Aż do granicy. Państwa. Po piasku. Mokrym. Starym. I zimnym. I tam gdzieś na tym mało słonym Bałtykiem, między jednym krajem a drugim, w tak zwanym „nowheresland” nauczycielka gry na piszczałce opowiedziała mi o jednym ze swoich uczniów. Który „wyemigrował” do Polski. Do Krakowa. Zdziwiłam się, bo nauczycielka młoda, jak może mieć dorosłych, pełnoletnich uczniów? Ale nic to. Opowiadała, że raz go odwiedziła w Krakowie. Że pracuje teraz w księgarni.&lt;br /&gt;I naprawdę dopiero w nocy przed wyjazdem do Rzeszowa zrozumiałam. Że nie może być dwóch takich. Uciekających. Niemców. Uciekinierów. Że to musi być Marcin-tłumacz z niemieckiego na angielski. Jest też inny Marcin-tłumacz. Z polskiego na niemiecki. O nim zaraz. Zrozumiałam, że mój tłumacz jest byłym uczniem mojej koleżanki z tai chi. &lt;br /&gt;A trzeci Marcin, nauczyciel chen taijichuan, jest oczywiście wszechobecny w moim krakowskim życiu. Codziennie myślę o nim, kiedy ćwiczę nie jego formę, lecz tę, którą pamiętam z Berlina. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wczoraj po raz pierwszy byłam w pokoju starego Marcina, pode mną w domu Łaskiego. W ciągu dnia. Przyznam, że nieraz już wieczorem wypijaliśmy u niego po skromnej szklance wina. Kiedy w kuchni urządzano obrzędowe gotowanie. I smród tłuszczu nas stamtąd wyganiał. Wczoraj rano zapukałam więc do pokoju Marcina starego. Który też jest tłumaczem. Zanim wyszedł do biblioteki. Bo to ranny ptak. Marcin-człowiek książki, a nie Marcin-muzyki, żadnego fletu lub piszczałki. Prosiłam go, żeby sprawdził mi dwie pozycje książkowe, i zrobił parę kopii (chodzi oczywiście o Generała Bijaka). Mnie nie chce się iść do biblioteki. Z okna w pokoju Marcina widziałam pień starego drzewa. I zrozumiałam, że to jest początek tego drzewa, z którego ja na poddaszu widzę koniec. Sterczące do nieba gołe gałęzie. Jak rączki tysiąca głodnych dzieci. Z dołu, z okna Marcina drzewo nie wygląda zdrowo. Stare. Zmęczone. Zmurszałe. U mnie u góry nie widać, ile ma lat i blizn. U mnie jest młodziutkie i chciwe. Życia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Roi się od Marcinów. Wczoraj wieczorem zebraliśmy się wszyscy razem, cała załoga stypendystów z domu Łaskiego, wszystkie imiona na „M” i nie tylko, na wieczór literacki w Instytucie Goethego. Siedział tam również mój bardzo wrażliwy i miły Marcin, tłumacz na angielski i uczeń koleżanki z tai chi. Roi się od Marcinów w Krakowie. I na koniec, nikt nie wie dlaczego, na koniec tej imprezy poświęconej  „młodej berlińskiej scenie kulturalnej” ktoś przeczytał krótką prozę Tilmanna Rammstedt. Pod tytułem „Ustnik”. Bohaterka: nauczycielka gry na flecie. Bohater: pierwszoosobowy narrator, jej dawny uczeń.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/17276928-113459243255059143?l=judith-krakow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://judith-krakow.blogspot.com/feeds/113459243255059143/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=17276928&amp;postID=113459243255059143' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/113459243255059143'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/113459243255059143'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://judith-krakow.blogspot.com/2005/12/marcinw-cz-szsta.html' title='Marcinów część szósta'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-17276928.post-113450595618410924</id><published>2005-12-11T21:31:00.000+01:00</published><updated>2005-12-13T21:32:36.196+01:00</updated><title type='text'>Szkoła Podstawowa 12 im. Juliana Przybosia w Rzeszowie</title><content type='html'>Premiera dla mnie: występ w szkole. W Polsce. W Rzeszowie. W świecie. Nigdy dotąd nie miałam żadnego spotkania w żadnej szkole w żadnym kraju.&lt;br /&gt;Dzieci bardzo grzeczne. Mniej zdenerwowane niż ja. Oczywiście. Bardziej, może, podekscytowane. Dobrze przygotowane przez wychowawczynię. Nauczycielkę polskiego. Agnieszkę W. Klasa IV b. Jak miło! Od razu lepiej się czułam. Bo ja chyba najwięcej mojego czasu szkolnego spędziłam w takich klasach „b”. Które wcale nie są gorsze od „a”.&lt;br /&gt;Głupich pytań nie było. Mimo że pani Dyrektor przed takimi właśnie ostrzegła uczniów. Przywitała mnie. Za to mnóstwo naprawdę trudnych pytań padło. To ja przecież jestem ignorantką. I nie wiem, w jakim świecie żyje młodzież. Czym się interesują uczniowie szóstej klasy szkoły podstawowej. Nie mam pojęcia o sporcie (znałam Adama Małysza, on był deską ratunku dla mnie, i Simona Ammana). Więc pytały, dlaczego przyjechałam do Rzeszowa. Ponieważ mam tu przyjaciół. Od lat. Od wieków. Od ćwierćwieku. Dlaczego pojechałam do Gorlic, do Kwiatonowic, do Gdańska, do Purzyc, do Warszawy, do Zbucza ... Poznałam męża nauczycielki w latach osiemdziesiątych we Fryburgu. Tego im nie powiedziałam. Studiowaliśmy wtedy razem u mojego promotora pracy doktorskiej. Siedzieliśmy może w jednej ławce. Nie pamiętam. Czy były ławki w sali wykładowej. Ale wszystko jest możliwe. Zapomniałam im to powiedzieć. Że droga do Rzeszowa zaczyna się, oczywiście, w zachodniej Szwajcarii. W mieście granicznym pomiędzy Szwajcarią niemiecką a francuską. Jan, mąż Agnieszki, wychowawczyni, zwierzał mi się podczas rzeszowskiej szarugi. Że dziś całkiem inaczej wykorzystałby te swoje lata spędzone w Szwajcarii. Na uniwersytecie we Fryburgu. Zawsze tak jest. Człowiek mądrzeje z latami. Ale co to znaczy? Czas spędzony w jakimś obcym miejscu nigdy nie jest stracony. &lt;br /&gt;Pytały, oczywiście, dlaczego podoba mi się w Polsce. Już 12-letnie rzeszowskie dzieci wiedzą, że to jest dziwne, nienormalne, że Szwajcarka dobrze się czuje w Polsce. A źle w Szwajcarii. Boże. Co mam im powiedzieć? Że całe życie mogłabym spokojnie spędzić w ekspresie Berlin – Warszawa (tylko w tym kierunku!) i wpatrywać się w płaski i nie kończący się krajobraz Mazowsza. Lub w pociągu zwykłym, osobowym, najwolniejszym, z Krakowa do Rzeszowa. Bo tu krajobraz też jest błogo płaski. Miasto leży w dolinie Wisłoka, na Równinie Podkarpackiej. Czyli góry są bardzo oddalone. Nie przeszkadzają. Nie zagracają wyobraźni. Jak kartony wypełniające całe magazyny. Słońce tu widać. Niebo tu widać. Chmury sunące tu widać. &lt;br /&gt;Pytały, skąd się biorą pomysły. Też trudne pytanie. Biorą się. Albo i nie biorą się. Jakoś rosną. Czasami z bardzo głupich, prostych spraw. Dlatego nie ma głupich pytań. Po prostu nie może być. Aniołka właśnie podlewa moje dziwne pomysły. W pokoju pod dachem. W Krakowie. W nocy, kiedy śpię i nic mi się nie śni. Pomysły żywią się koncentracją. Koncentratami myśli. Nie wolno rozpraszać uwagi. Nigdy. Ale najtrudniejsze są momenty, w których nie wiemy, że mamy się skoncentrować. W których nie mamy pojęcia, na co powinniśmy zwrócić uwagę. Trzeba być czujnym. I otwartym. Na wszystkie strony świata. To się uda najlepiej w rozległym piaskowym krajobrazie. Nie wolno zastawiać myśli wysokoalpejskimi granitami. To jest trudne do zrozumienia, przyznaję. Zwłaszcza dla uczniów szkoły podstawowej. &lt;br /&gt;Nie dla każdego człowieka to samo jest tak samo ważne. Trzeba znaleźć właściwe dla siebie miejsce, właściwe dla siebie zadania, właściwy dla siebie pokarm. Płynu mózgowo-rdzeniowego. Kropka. &lt;br /&gt;Ostatnie pytanie było najmądrzejsze. Dlaczego wszystkie moje „Pocztówki z Berlina”, które od lat piszę dla rzeszowskiego pisma literackiego „FRAZA”, zaczynają się od słowa „Kochani”?&lt;br /&gt;Pocztówka jak pocztówka wymaga formy grzecznościowej. Tak ja uważam. Jak list. Jak email. Jak sms. Dlatego zwracam się do kogoś. Piszę, oczywiście, pocztówki z myślą o konkretnych ludziach. Tak konkretnych, że równie dobrze mogłabym pisać do nich po imieniu. Ale to za bardzo komplikuje sprawę. Potem ktoś będzie zazdrosny, że piszę do kolegi a nie do niego. Inny będzie zły, bo on dostał krótszą pocztówkę. Trzeci już ze mną nie będzie chciał rozmawiać, bo przysłałam mu  mniej oryginalną pocztówkę. A czwarty zacznie narzekać, bo jest czarno-biała a nie kolorowa. Wolę więc pisać do anonimowej grupy przyjaciół. Kochani! Oczywiście. Pocztówki wysyłałam zawsze z Berlina do Rzeszowa. Czyli były – i nadal są – czymś w rodzaju wyznania miłości. Ja Was Wszystkich kocham. &lt;br /&gt;Dlaczego z Berlina? Wyszłam za mąż za Berlińczyka. To też wyznanie miłości. W Berlinie jestem bliżej Polski niż gdziekolwiek na świecie. Ale w każdym razie bliżej niż w Szwajcarii. Dziękuję za uwagę.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/17276928-113450595618410924?l=judith-krakow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://judith-krakow.blogspot.com/feeds/113450595618410924/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=17276928&amp;postID=113450595618410924' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/113450595618410924'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/113450595618410924'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://judith-krakow.blogspot.com/2005/12/szkoa-podstawowa-12-im-juliana.html' title='Szkoła Podstawowa 12 im. Juliana Przybosia w Rzeszowie'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-17276928.post-113422280008361596</id><published>2005-12-10T17:00:00.000+01:00</published><updated>2005-12-10T16:31:59.466+01:00</updated><title type='text'>Rocznica Ślubu</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/blogger/4091/739/1600/pinguineabends.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;" src="http://photos1.blogger.com/blogger/4091/739/200/pinguineabends.jpg" border="0" alt="" /&gt;&lt;/a&gt;Dwanaście lat temu o godzinie siedemnastej czasu lokalnego nasz związek małżeński został zawarty w Pałacu Ślubów w Warszawie. Odbył się w mroźny piątek. Pełno było śniegu. Nie wypowiedzieliśmy żadnego polskiego „TAK“, ani niemieckiego „JA”. Obiecaliśmy natomiast w płynnej polsko-niemieckiej prozie poetyckiej (nieznanego autora) wieczną miłość, wierność i opiekę. Wolfgang do dziś jest przekonany, że nic, ani słowa nie zrozumiał. Oślepiony insygniami na brzuchu urzędnika stanu cywilnego. Mnie nie wolno było tłumaczyć z polskiego na niemiecki. Jako osobie nieobiektywnej. Nasz przyjaciel Piotr, germanista, uczynił wszystko, co było w jego mocy.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/17276928-113422280008361596?l=judith-krakow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://judith-krakow.blogspot.com/feeds/113422280008361596/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=17276928&amp;postID=113422280008361596' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/113422280008361596'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/113422280008361596'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://judith-krakow.blogspot.com/2005/12/rocznica-lubu.html' title='Rocznica Ślubu'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-17276928.post-113402880770311852</id><published>2005-12-08T08:57:00.000+01:00</published><updated>2005-12-09T22:50:24.296+01:00</updated><title type='text'>Rzeszów</title><content type='html'>Nadal pada. Deszcz. Za godzinę mam pociąg do Rzeszowa. Jadę do moich przyjaciół. Z „Frazy”. Z którymi od lat się nie widziałam. Dziś wieczorem spotkanie w pubie „Va Bank“, jutro w szkole Agnieszki. Pojutrze w domu.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/17276928-113402880770311852?l=judith-krakow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://judith-krakow.blogspot.com/feeds/113402880770311852/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=17276928&amp;postID=113402880770311852' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/113402880770311852'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/113402880770311852'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://judith-krakow.blogspot.com/2005/12/rzeszw.html' title='Rzeszów'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-17276928.post-113396298605874081</id><published>2005-12-07T14:39:00.000+01:00</published><updated>2005-12-11T16:46:07.003+01:00</updated><title type='text'>Generał Juljusz Bijak</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/blogger/4091/739/1600/bijak3.0.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;" src="http://photos1.blogger.com/blogger/4091/739/320/bijak3.0.jpg" border="0" alt="" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;To jest jedyne zdjęcie, które dotychczas udało mi się znaleźć. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kto go zna?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Urodził się 14 września 1860 roku w Biadolinie. &lt;br /&gt;Zmarł 21 kwietnia 1943 roku w Wadowicach. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Gdzie są listy, które pisała do niego Lina Bögli – od lutego do lipca 1892 roku? Zanim zerwała z nim, przerwała rozmowę i wyjechała na dziesięć lat dookoła świata. On podobno obiecał oddać jej listy – w przypadku wojny – „w  pewne ręce”. Ale kiedy to było ...&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/17276928-113396298605874081?l=judith-krakow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://judith-krakow.blogspot.com/feeds/113396298605874081/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=17276928&amp;postID=113396298605874081' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/113396298605874081'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/113396298605874081'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://judith-krakow.blogspot.com/2005/12/genera-juljusz-bijak.html' title='Generał Juljusz Bijak'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-17276928.post-113402859645348071</id><published>2005-12-06T19:54:00.000+01:00</published><updated>2005-12-09T23:06:15.866+01:00</updated><title type='text'>Druga Aniołka</title><content type='html'>Deszcz pada. A moja Aniołka nie ma czego podlać. Czeka cierpliwie ze mną. Na zmianę pogody.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Święty Mikołaj się pomylił w adresie. Zostawił paczuszkę dla mnie u Pani Krakowskiej. Pani Krakowska od razu rozpoznała, że zawinięte w świąteczny papier coś ma być dla mnie. Ale świętego Mikołaja już nie było koło jej domu. Zawiadomiła mnie smsem, że przyfrunęła do niej malutka drewniana aniołka. Która ma lekkie skrzydła, jak pierwszy aparat do pierwszych prób wzbicia się w powietrze pana Lilienthala. Sznurkiem przywiązana do jej brzucha jest paczka. Pisze Pani Krakowska. Mała paczuszka dla Ciebie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wnuczka mojego teścia, córka brata Wolfganga, córka mojego szwagra – kim ona jest dla mnie? – ma na imię Martina i urodziła się tego samego dnia co ja. Tylko parę lat później. To mógłby być początek „Marcinów część piąta ...” – ale nie ma tu żartów. Martina jest ze mną w kontakcie komórkowym. Odkąd teść miał urodziny i dostał się do szpitala. Jestem jakby centralą przekazującą informacje. Ona do mnie. Dzwoni. Ja do Wolfganga. Jakoś. Próbuję się połączyć. I skontaktować. Z drugim końcem świata. Z falami Morza Południowochińskiego. Przepłynął je dziś. W drodze na konferencję do Macao. Co za człowiek! Martina więc – zapisana w mojej komórce oczywiście jako „Martina”. I za każdym razem, kiedy komórka odzywa się i malutki ekranik wyświetla mi „Martina dzwoni – odebrać TAK czy NIE?” waham się przez krótki, ciężki moment. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dostałam drugą aniołkę. Malutką. Drewnianą. Lekką jak sen. Czekamy teraz cierpliwie. We trójkę. Na zmianę pogody.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/17276928-113402859645348071?l=judith-krakow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://judith-krakow.blogspot.com/feeds/113402859645348071/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=17276928&amp;postID=113402859645348071' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/113402859645348071'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/113402859645348071'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://judith-krakow.blogspot.com/2005/12/druga-anioka.html' title='Druga Aniołka'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-17276928.post-113398574774753024</id><published>2005-12-05T08:59:00.000+01:00</published><updated>2005-12-07T21:05:27.470+01:00</updated><title type='text'>Mgła</title><content type='html'>Wczoraj wieczorem raptem cale miasto utonęło we mgle. Stałam na przystanku Bagatela i czekałam na autobus. Nagle wszystko zniknęło. Ulice opustoszały. Od czasu do czasu przetaczał się leniwy tramwaj. A potem nawet tramwaju nie było. Tylko przednie światło. Bardzo niewyraźnie. Rozmyta kulka. Tylko.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W tym momencie ogarnęła mnie bezbrzeżna tęsknota. Niesamowita. Nieznośna. Jakby czekała cały czas tylko na ten jeden jedyny moment, w którym ona – olbrzymia, gruba, nadęta, bezczelna, brzydka tęsknota – zmieści się w moim świecie. W pozie nonszalanckiej. Rozpiera się. W mojej wyobraźni. W moich myślach. W moich mięśniach.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tęsknię. Ale nie stęskniłam się za krajem. Ani za jakimś miejscem. Ani konkretnym. Ani niekonkretnym. Ani za Archaniołem w Berlinie. Ani za stuletnią Legnicą. Ani za szafą z ubraniami. Ani za szafą z książkami. Ani za szafą z butami. &lt;br /&gt;Tęsknię. Za Wolfgangiem. Tylko za nim. Stojąc na przystanku. Otoczona nieprzeniknioną mgłą. Czekając na nic. Bo tu nie ma już nic. I za niczym innym. Nie tęsknię. Za nikim innym. Nasze życie pingwińskie jest nie do wytrzymania. Odwróceni do siebie czarnymi plecami. Ciepło mi w moim pokoju pod dachem. Ale pusto dookoła głowy. Dookoła pleców. Przy Bagateli. U niego teraz głęboka noc. U mnie głęboka mgła. Śpi w hotelu Ramada, w pokoju 2010, w Hongkongu. Znowu nam się nie udało nawet porozmawiać ze sobą. Kiedyś wysłałam mu z tego przystanku smsa, że czekając na autobus (ciągle to samo) widzę księżyc w pełni. I w sekundę później dostałam odpowiedź, że też widzi. Był wtedy w Stralsundzie, stał na balkonie i wpatrywał się w wieczorne niebo. Jak ja. Przy krakowskich Plantach. Wtedy znaleźliśmy się jeszcze jakby w jednym czasie. Choć nie razem. Ale jakoś jednocześnie. Teraz nawet umówić się na telefon jest trudno. Albo niemożliwe. &lt;br /&gt;Tęsknię. Za własnym mężem. Który zjadł w Stanley, na południu miasta, w tajlandzkiej restauracji wyśmienitą kolację. Razem z kolegą. I czuł się, jak pisał w emailu, „nieprzyzwoicie” dobrze. Nad Zatoką Stanlay. Z widokiem na Morze Południowochińskie. Z lekką bryzą. Wieczorną. Dookoła nosa. Z myślą o chorym ojcu w berlińskim szpitalu. Życie toczy się leniwie jak tramwaj przez gęstą mgłę. Z niego widać tylko przednie światło. Bardzo niewyraźnie. Rozmyta kulka. Tylko. I aż.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przed chwilą był telefon. Przedłużą mi stypendium. Zostanę w Willi do końca marca 2006 roku.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/17276928-113398574774753024?l=judith-krakow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://judith-krakow.blogspot.com/feeds/113398574774753024/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=17276928&amp;postID=113398574774753024' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/113398574774753024'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/113398574774753024'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://judith-krakow.blogspot.com/2005/12/mga.html' title='Mgła'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-17276928.post-113390039565983017</id><published>2005-12-02T21:19:00.000+01:00</published><updated>2005-12-28T09:21:28.146+01:00</updated><title type='text'>Marcinów część czwarta</title><content type='html'>Nic na to nie poradzę. Przyjechał kolejny Marcin. Nastąpiła zmiana stypendystów. Zjawił się też Marc. Czyli roi się od dużej litery „M”. Jak Miód. Masło. Musztarda. Mucha. Mrówki. Mniejsza z tym. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czasami nie bardzo wiemy, dlaczego w danej chwili coś robimy, a czegoś innego nie robimy. Szczerze mówiąc, nie bardzo zrozumieliśmy przedwczoraj, w wieczór andrzejkowy, dlaczego mamy się zająć niedojedzonkami iluś generacji stypendystów w domu Łaskiego. Dlaczego akurat my – ja ze starym (w sensie obecności w Willi) Marcinem. Ale zrobiliśmy to. Bo sprzątaczka prosiła. I nie mieliśmy nic lepszego do robienia. Musieliśmy się najpierw przyzwyczaić do nagle opustoszałego domu. Jedno słowo potem nawet się jakby samo przez się znalazło w kuchni. Więc czas niecałkiem był stracony. Oprócz tego, każdy wie, że trzeba dbać o dobre stosunki ze sprzątaczkami i dozorcami. Wszędzie na świecie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dziś dopiero w pełni zrozumiałam, po co potrzebne były puste i czyste lodówki, regały, szafy, szafki, szuflady itd. Nowy Marcin (w sensie obecności w Willi) wpadł wieczorem do kuchni razem ze swoją dziewczyną. Przytaszczyli ogromny plecak. Chyba ciężki. Potem pobiegli i wracali jeszcze kilka razy z pełnymi rękami. Workami. Siatkami. Supermarketowymi. &lt;br /&gt;- Polowaliśmy – rzucił zdyszany nowy Marcin.&lt;br /&gt;Ja oczywiście nie zrozumiałam żartu. Tyle tylko powiedział. Nawet nie przedstawili się. To nic. Wobec tego ja się przedstawiłam i spytałam, czy są moimi nowymi sąsiadami. Rano w korytarzu, pod dachem, przed moim pokojem odkryłam materac, zawinięty w przezroczysty plastyk, i opisany dookoła, od góry do dołu czarnym flamastrem „to materac Martina ... (i nazwisko, którego ze względu na ochronę danych tu nie podam), mieszkam tu ... (i kreska w prawo)”. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nowy Marcin podkreślał, że tylko on jest moim sąsiadem. A ona będzie go od czasu do czasu odwiedzać. Nie powiedział, jak ma na imię. Ani on, ani ona. Trudno. Tak szczegółowo i tak nie chciałam być poinformowana. O ich współżyciu. Co to mnie obchodzi. Mniejsza z tym. Wypakowali zakupy, rozłożyli wszystko na wielkim stole. Dziewczyna mokrą szmatą zaczęła odkurzać puszki i słoiczki, i butelki ... Ja uciekłam. W kuchni już nie było miejsca. Kilka kilogramów mąki, przynajmniej 25 półkilogramowych opakowań spaghetti, jeszcze mnóstwo innych klusek, pewnie kilka kilogramów ryżu, kilkanaście puszek z groszkiem i nie wiem czym, słoiki z burakami, czekolady, herbatniki, słodycze, czarna herbata ekspresowa w torebkach, ziołowa ekspresowa w torebkach, kawa ekspresowa w torebkach, soki, piwo, wino ...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Boże! Co on wyprawia? Zapasy jak na wysokoalpejskie schronisko. Jak dla kompanii wygłodzonych saperów. Dookoła mamy sklepy, które są otwarte dzień i noc, siedem dni w tygodniu. Ja w życiu jeszcze nie kupiłam za jednym razem więcej niż jeden kilogram mąki. I to mi starczy na prawie rok. Co on tu zamierza robić? Po co przywiózł materac? Nazwisko ma – sam mi zdradził, zanim uciekłam z kuchni, którą jego zakupy zarastały niby wiecznie zielone chwasty – szwajcarsko-włoskie. Ale jest Niemcem. Nic na to nie poradzę. Przyjechał kolejny Marcin. Roi się w całym domu od dużych i małych literek em.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/17276928-113390039565983017?l=judith-krakow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://judith-krakow.blogspot.com/feeds/113390039565983017/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=17276928&amp;postID=113390039565983017' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/113390039565983017'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/113390039565983017'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://judith-krakow.blogspot.com/2005/12/marcinw-cz-czwarta.html' title='Marcinów część czwarta'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-17276928.post-113390063396962352</id><published>2005-12-01T22:23:00.000+01:00</published><updated>2005-12-06T21:23:53.970+01:00</updated><title type='text'>Urodziny teścia</title><content type='html'>Teść kończy dziś 77 lat. Rano zabrali go karetką do szpitala. Wolfgang dzwonił z Zhuhai. Po raz pierwszy w jego życiu ojciec nie był w stanie z nim rozmawiać.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Teściowa po południu przyjmuje gości urodzinowych. Co miała zrobić? Przygotowała tort, upiekła ciasta. Przesunęła sprzątaczkę na dzień jutrzejszy. Wszystko zaplanowane. I dobrze przemyślane.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Lekarz mówi, że ataki choroby nasilą się i będą następować coraz częstsze.&lt;br /&gt;Co to znaczy? &lt;br /&gt;Dla niego?&lt;br /&gt;Dla nas?&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/17276928-113390063396962352?l=judith-krakow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://judith-krakow.blogspot.com/feeds/113390063396962352/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=17276928&amp;postID=113390063396962352' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/113390063396962352'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/113390063396962352'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://judith-krakow.blogspot.com/2005/12/urodziny-tecia.html' title='Urodziny teścia'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-17276928.post-113346944681839154</id><published>2005-11-30T21:36:00.000+01:00</published><updated>2005-12-02T00:13:34.470+01:00</updated><title type='text'>Marcinów cześć trzecia</title><content type='html'>Dziś Andrzejki. A ja zostałam sama z Marcinem. W Willi. Wszyscy powyjeżdżali. A w kuchni zostały nam dwie pełne lodówki i cała szafa. Z niedojedzonkami.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wyrzuciliśmy wszystko. Bez względu na datę przydatności do spożycia. Ile mleka. Ile masła. Ile miodu. Najbardziej się zdziwiłam ilością musztardy. Czym odżywiają się stypendyści z całego świata w Krakowie? Przeważnie, tak mi się wydaje, ale nie mam pojęcia dlaczego i po co – małymi literami „m”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wyrzuciliśmy wszystko. Bez względu na duże litery. Bez względu na język. Bez względu na smak. Bez względu na kolor. Bez względu na opakowanie. Bez względu na zawartość. Bez względu na stopień rozwoju pleśni.&lt;br /&gt;- Najlepiej nie zaglądajmy – rzeczowo radził Marcin. &lt;br /&gt;I pobiegł do pokoju po torby plastykowe. Potem jeszcze raz pobiegł po długopis. Czasami jednak chce się coś zanotować. Bez względu na wszystko. Na szafie leżał zapomniany zeszyt pana Andrása Rácza z Budapesztu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dziś Andrzejki. A my z Marcinem zostaliśmy sami. Zamieszkujemy i ocieplamy naszą obecnością środkowo-północną część Domu Łaskiego. On na pierwszym piętrze. Ja z Aniołką na drugim. Pod dachem.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/17276928-113346944681839154?l=judith-krakow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://judith-krakow.blogspot.com/feeds/113346944681839154/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=17276928&amp;postID=113346944681839154' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/113346944681839154'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/113346944681839154'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://judith-krakow.blogspot.com/2005/11/marcinw-cze-trzecia.html' title='Marcinów cześć trzecia'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-17276928.post-113390014014164549</id><published>2005-11-26T09:14:00.000+01:00</published><updated>2005-12-06T21:15:40.153+01:00</updated><title type='text'>Piękny zimowy dzień</title><content type='html'>Minął piękny zimowy dzień. W Kwiatonowicach. Błękitne niebo. Ostry kontrast. Nad horyzontem. Dobra widoczność. W powietrzu. Słońce. Na polach. Śnieg. Ja to wszystko widziałam nie wstając nawet z łóżka. Kasper podał mi rano kawę. Właśnie do łóżka. Potem pojechali do miasta. Do pracy. A ja zostałam całe przedpołudnie sama. Uwielbiam rozciągnięcie w czasie. Długie milczenie. Nie wstając nawet z łóżka. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Piękny zimowy dzień. Po południu spotkanie w szkole. Tym bardziej zbawienna okazała się poranna cisza w dworku. Budynku szkoły jeszcze nie było za czasów Liny Bögli. Jak wielu innych zabudowań wiejskich. Ucieszyłaby się z prezentacji dwóch uczennic z drugiej klasy. O trzeciej po południu. O godzinie jeszcze jasnej. W piękny zimowy dzień. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przypomniało mi się – i nawet wczoraj o tym wspomniałam Kwiatonowiczanom – że Lina B. przez prawie pół wieku prowadziła dziennik. Codziennie. Pisała nawet wtedy, kiedy nie miała o czym pisać. Na przykład: „Nic do powiedzenia.” Lub „To samo co wczoraj.” (A wczoraj może było właśnie „Nie mam nic do powiedzenia!”). Chwyty prawie gombrowiczowskie. Ale poza tym jej życie po powrocie do Szwajcarii, jakby „na emeryturze”, toczyło się bardzo uregulowanym trybem. Zrutynizowanym. Niemal zrytualizowanym. Codzienne spacery. Codzienne lekcje. Codzienne posiłki. Jadła sztućcami króla Kalakaua, które dostała „w prezencie pożegnalnym z Honolulu”. Codzienne notatki. Im była starsza, tym bardziej pilnowała porządku każdego dnia. Każdego roku.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ja też jestem wariatką. Nie ma tu czego kryć. Po śmierci Liny Bögli ukazało się drukiem skromne wspomnienie, jakby rozciągnięty na kartki książeczki nekrolog, jej przyjaciółki Amy Moser. Ona pierwsza napisała – i potem wszyscy to wiernie odpisali – że Lina Bögli, mieszkając w gospodzie „Kreuz” (Krzyż) w Herzogenbuchsee za pokój narożny na drugim piętrze płaciła „zawsze awansem – na 12 lat, by mieć to z głowy.” Ja też jestem Szwajcarką – i zastanawiałam się, ile razy mogła płacić awansem na 12 lat, jeśli w „Kreuz” mieszkała 27 lat? Jakoś te lata nie dają się podzielić na taki „awans”. Oprócz tego z góry chyba też nie mogła wiedzieć, ile dokładnie lat będzie jej jeszcze dane. W tym Krzyżu.&lt;br /&gt;Czyli usiadłam do komputera i sprawdziłam jej dzienniki, które zeskanowałam dwa lata temu. Mam prawie 5000 bitmap – czyli elektronicznych zdjęć każdej strony rękopisu. Przeleciałam od 1915 do 1940 wszystkie dni świąteczne, bożonarodzeniowe, sylwestrowe, noworoczne. I szybko okazało się, że nie zapłaciła za 12 lat – lecz za 12 miesięcy, 300 franków. Drobiazg. Pomyłka w czasie. Co ważniejsze, odkryłam przy okazji, że zawsze żegnała w sylwestra w dzienniku miniony rok prawie identycznymi słowami: „Żegnaj więc, miły stary roku, dziękuję tysiąc razy za wszystko coś mi przyniósł!” (31 XII 1919 i inne). Tak zawsze było. Przez dwadzieścia pięć lat. Do grudnia 1940. Ostatni zeszyt kończy się wpisem pod datą 28 grudnia 1940: „Mamy piękny zimowy dzień; ale ja nie czuję się dobrze.” I więcej nic. Pustka. Która boli. Za każdym razem, kiedy mi się ponownie otwiera. Na ekranie mojego komputera. Przed oczami w Kwiatonowicach. Więcej nic. Już nie miała sił, by pożegnać rok zwykłą formułką podziękowania. Brakowało jej tylko trzech dni. A dwa dni wcześniej, 26 grudnia notowała: „Teraz jestem całkiem ślepa na lewe oko. Wszystko dobiega końca!” &lt;br /&gt;Żyła jeszcze prawie rok. Ale dni już się nie rozjaśniały. Cisza rozciągnęła się w czasie. Umarła w dniu zimowego przesilenia dnia z nocą, 22 grudnia 1941 roku. Minął piękny zimowy dzień.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/17276928-113390014014164549?l=judith-krakow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://judith-krakow.blogspot.com/feeds/113390014014164549/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=17276928&amp;postID=113390014014164549' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/113390014014164549'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/113390014014164549'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://judith-krakow.blogspot.com/2005/11/pikny-zimowy-dzie.html' title='Piękny zimowy dzień'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-17276928.post-113346928530439743</id><published>2005-11-25T21:33:00.000+01:00</published><updated>2005-12-01T21:35:48.296+01:00</updated><title type='text'>W samochodzie</title><content type='html'>Cały wczorajszy dzień spędziłam w samochodzie. Tak mi się dziś wydaje. I to nie jest zdrowe. Takie zabicie czasu i przestrzeni. W samochodzie. I takie błędne przypuszczenie. Po faktach. I nieprzespanej nocy.&lt;br /&gt;Pamięć nadal wprowadza mnie w błąd. Rozgościła się również w samochodzie. Jak wypadek ciężarówki na zaśnieżonej drodze polnej. Jak nie przeczytana książka w plecaku. Jak zatkana plastykowym korkiem butelka wytrawnego wina w bagażniku.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tym razem pojechałam z Kuczokem (i wracać będę – o czym nic jeszcze nie wiem – z Nahaczem). Znanym już chwytam (nie chodzi tu o czlowieka, tylko o dzieło pisarza). Ale w samochodzie w drodze do Gorlic ani razu nie sięgnęłam po książkę. Samochód nie lubi czytających pasażerów. Kierowca lubi rozmowy. Zwłaszcza kiedy jest kobietą. Kuczoka (Opowieści przebrane) otworzyłam dopiero przed snem. Nie przypadł mi do gustu. Do gardła. Do uszu. Oczy mi się skleiły. Nie cierpię déjà vu. Ani w myślach. Ani pod palcami. Znowu bicie. Znowu gnój. Znowu pejcz. Krzyk. Łzy. I ból. Do samego rana.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A ja – nadal jestem w samochodzie. W malutkim blaszanym ruchomym pudełku. Które do środka nie dopuszcza kolorów. Żadnych. Ogrzewanie natomiast włączone jest na maksimum. Wszystkie drogi w życiu są ponumerowane. I wiszą jak ogromne zielone tablice w powietrzu. Huśtającymi się nad głośnymi autostradami. Nie ma wyjścia awaryjnego. Ani ucieczki. Przypadkowej. Oświetlonym szlakiem. Z jazdy tunelem. Z ponurości wczesnego listopadowego wieczoru. Przez nie kończącą się noc. Bieg wsteczny. Na nic się nie zda. Prowadzi też donikąd. Dzień wczorajszy jedzie samochodem.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/17276928-113346928530439743?l=judith-krakow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://judith-krakow.blogspot.com/feeds/113346928530439743/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=17276928&amp;postID=113346928530439743' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/113346928530439743'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/113346928530439743'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://judith-krakow.blogspot.com/2005/11/w-samochodzie.html' title='W samochodzie'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-17276928.post-113283063832073066</id><published>2005-11-24T07:07:00.000+01:00</published><updated>2006-05-06T18:16:47.933+02:00</updated><title type='text'>W terenie</title><content type='html'>Wyjeżdżam. Dziś spotkanie w Gorlicach. Jutro w Kwiatonowicach. Potem weekend.&lt;br /&gt;Paul, mój przybrany dziadek, dziś w New Holland świętuje Thanksgiving. &lt;br /&gt;Maryna, Ukrainka, wczoraj skończyła sztukę teatralną. Zjawiła się zadowolona około południa w kuchni, zrobiła sobie pierwszą kawę i powiedziała „Udało się!” Podobno leje się tam krew, udało jej się pozbawić życia cztery postaci. Wieczorem mówili o tym, że w Willi straszy. &lt;br /&gt;Pani Krakowska kilka dni temu miała urodziny. Przypadkiem, po tylu latach, się dowiedziałam. Bo nie obchodzi. Urodziła się tego samego dnia co moja siostra. Wszystko jest względne. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Rano nad moimi oknami leży śnieg, który w ciągu dnia powoli spływa. Otwieram okno. Liżę sople. Dotykam śniegu. Na dachu. Pod którym mieszkam. Niebo jest anemiczne. I z językiem jest problem taki, że zależy od człowieka. I dlatego żyje. I jest nieobliczalny. Jak każdy z nas.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mam odpowiedzieć na pytanie, dlaczego w Polsce dobrze się czuję. Jutro. A może już dziś. A na pewno przez następne tygodnie, miesiące, lata. Nie wiem, co mam powiedzieć. Ani dziś, ani jutro. Wiem tylko, że samopoczucie również jest sprawą języka.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Liczę na pomoc ze strony krajobrazu. Beskidu Niskiego. I na dziadka w Ameryce. &lt;br /&gt;Czas na mnie. Wyjeżdżam.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/17276928-113283063832073066?l=judith-krakow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://judith-krakow.blogspot.com/feeds/113283063832073066/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=17276928&amp;postID=113283063832073066' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/113283063832073066'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/113283063832073066'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://judith-krakow.blogspot.com/2005/11/w-terenie.html' title='W terenie'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-17276928.post-113251468840573463</id><published>2005-11-17T10:23:00.000+01:00</published><updated>2005-11-20T20:24:48.416+01:00</updated><title type='text'>Kręgosłup</title><content type='html'>Z rana piszę. W jednym języku. I tłumaczę. Na drugi. Nie wiem, gdzie jestem. Gdzieś między ziemią a niebem. Dziś spadły pierwsze ostrożne płatki śniegu. Zauważyłam, że język ma coraz ostrzejsze kanty, że jest coraz bardziej bolesny, im dalej przemieszczam się na zachód i na południe. Tym razem już w Berlinie język kłuł moje uszy. A potem w Bazylei, w tramwaju do Allschwil, dialekt bazyleiski – uważany za najbardziej bliski niemieckiemu niemieckiemu, tak zwanemu w Szwajcarii wysokiemu niemieckiemu – po prostu był nie do wytrzymania. Stęskniłam się za pustym pokojem pod dachem. Za Krakowem. Wczoraj popijaliśmy barszcz ukraiński do późnej nocy ostrą miodówką ukraińską. Wszyscy troskliwie dotrzymywali mi towarzystwa w kuchni Domu Łaskiego. W celu odkażenia wrażeń po podróży. W celu usunięcia zaburzeń językowych. W celu przywrócenia prawidłowego funkcjonowania ruchów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W zeszłym tygodniu na ćwiczeniach tai chi powiedział nam Marcin, że mamy się skoncentrować nie na ruchach ciała. Nie patrzeć na palce, na ręce, na przedramiona. Że mamy się skoncentrować na przepływie energii. Chodziło mu oczywiście o „chi” – o to tajemnicze coś, co nam przez nasze dziwne, niby nijakie ruchy daje siły. Nie używał tego słowa. Nawet powiedział, że Chińczycy mają na tę energię specjalny wyraz, ale że my go na razie nie będziemy używać. Potem wyliczył w języku polskim, jaką drogą energia ta w tej chwili, przy tym ćwiczeniu, ma przepływać przez nasze ciało. Kręgosłupem do góry, przez barki, ramiona, ręce aż do palców i z powrotem (ruchem ręki zamykającego wielkiego koła) do biodra, brzucha, centrum. Boże! A ja, głupia, skoncentrowałam się na słowach. Głowa zajęta była tłumaczeniem. „Kręgosłup”. Przecież wiem i rozumiem. Co to jest. „Kręgosłup”. Jednak zaczynam szukać. Czegoś w moim ciele. Czegoś, co od zawsze jest na swoim miejscu, a teraz nagle maleje. I znika. Poprzez słowo. Poprzez język. „Kręgosłup”. „Barki”. „Ramiona”. Niczego nie czuję. Żadnego przepływu. Żadnej energii. Żadnego ciepła. Niczego nie mam. Cale moje ciało przestało istnieć. Rozejrzałam się po cichu. Może kręgosłup wyskoczył już przez uchylone okno. W jakimś zdaniu podrzędnym. Albo przedziera się w tej chwili przez zamknięte drzwi. Może barki wiszą na drewnianych belkach. Może łokcie rozpychają się z powrotem w przepełnionym, jak zawsze, autobusie 192 w kierunku lotniska. Może moje palce na parterze grają walca Szopena na pianinie. Ktoś tam w drugim pokoju ćwiczy na trąbce. A ja nie wiem, gdzie podział się mój kręgosłup. &lt;br /&gt;Wróciłam do Willi i postanowiłam się tym więcej nie przejmować.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wczoraj wróciłam do domu. Do mojego pokoju pod dachem. Przedwczoraj raniutko miałam samolot z Bazylei do Berlina. Prosto z lotniska Schönefeld pojechałam do Schöneberg. Na Akazienstrasse. Na prywatną lekcję tai chi u Moniki. Wprowadziła mnie w pierwszy stopień pogłębienia formy, w tak zwane ćwiczenia yin-yang. I to samo. Co u Marcina. W Krakowie. Monika coś mi mówi. Zwraca uwagę na to i owo. Słusznie. I nagle. Pamiętaj o „Lendenwirbel”. Boże! Co to znowu! „Lendenwirbel?” Kręg lędźwiowy. Dolna część kręgosłupa. Przecież wiem. I doskonale rozumiem. Ale nie ma. Moje ciało zieje pustką. Od środka. Po niemiecku. Rano pożegnałam się po szwajcarsku z moją siostrą. Mąż mojej kuzynki, córki zmarłego wujka W., po pogrzebie dał mi na dalszą drogę i na dalszy pobyt w Polsce butelkę śliwowicy. Zrobionej własnoręcznie z własnych śliwek. Przylepił na butelkę ręcznie napisaną etykietkę „Bürner Zwetschgen 2001, 43% alc.” Bardziej byłam wzruszona tym gestem niż całym przezroczystym trunkiem. Monice w szkole tai chi na piątym piętrze w dzielnicy Schöneberg zwierzyłam się, że język szwajcarski, a raczej niektóre dialekty szwajcarskie są twardsze, i przez to bardziej kaleczą i ranią, niż język niemiecki. Nie przyznałam się, że języki (wszystkie) pozbawiają mnie ciała. Stopniowo. Że języki przeszkadzają mi. W tej chwili. Bardzo. W odczuciu samej siebie. Że stoją jakby na baczność. Między myślami i naskórkiem. Między mną a nie-mną. Że nie może być mowy o żadnym przepływie „chi”, skoro w powietrzu znajdują się słowa takie jak „Lendenwirbel”, „aufgerichtetes Becken”, „langer Rücken” ... – bo ja na razie nie wiem. Ani co to jest. Ani gdzie ja jestem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z rana piszę. W jednym języku. I tłumaczę. Na drugi. Nie wiem, gdzie jestem. Gdzieś między ziemią a niebem. Po południu mam lekcję polskiego. Może ona z powrotem postawi mnie na nogi.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/17276928-113251468840573463?l=judith-krakow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://judith-krakow.blogspot.com/feeds/113251468840573463/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=17276928&amp;postID=113251468840573463' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/113251468840573463'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/113251468840573463'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://judith-krakow.blogspot.com/2005/11/krgosup.html' title='Kręgosłup'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-17276928.post-113249079089775050</id><published>2005-11-16T16:45:00.000+01:00</published><updated>2005-11-20T13:50:23.160+01:00</updated><title type='text'>Barszcz ukraiński</title><content type='html'>Wróciłam do domu. Na piechotę. Od przystanku autobusowego przy skrzyżowaniu. Ostatnim kawałkiem Alei Kasztanowej, kończącym się przed domem Łaskiego. Czyli tam, gdzie jest mój pokój pod dachem. Tutaj człowiek ma wrażenie, że jest gdzieś na wsi. A nie w jednej z najlepszych dzielnic Krakowa. Zniszczony asfalt. Przerośnięty krzywy chodnik. Chodzę środkiem ulicy. Po prawej budują nowy dom. A potem jest łąka. Stajnia koni. Mam wrażenie, że okrążyłam w ostatnich dniach cały świat. Że noszę całą kulę ziemską na plecach. Do domu. Tak jak moja aniołka. Nosi skrzydła. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jeszcze nie ma trzeciej po południu, a mnie chce się tylko spać. W kuchni gotują barszcz ukraiński. Ogromny garnek. Stół już nakryty. Co tu się dzieje? Nazar w nowej fryzurze. Wygląda jeszcze bardziej szlachetnie. Zaprasza na przyjęcie o piątej. Ja dopiero wróciłam. Powiem mu niepotrzebnie. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na lodówce w kuchni leży list do mnie. Ze Szwajcarii. Nekrolog Beata M. Przysłany przez moją przyjaciółkę, pierwszą żonę i matkę jego dzieci. Świat ciąży na moich barkach. Nikt wtedy, kiedy oni ni stąd ni zowąd się rozeszli, ponieważ Beat miał, czego też nikt nie mógł zrozumieć, inną partnerkę, nie mógł wiedzieć lub przewidzieć, że Beat musi szybko żyć. Musi pędzić. W podwyższonym tempie. Prowadzić życie jakby podwójne. By nadążyć. Nie wiadomo za czym. Teraz dopiero wiemy, że mało czasu dane mu było. Zmarł w Zaduszki z powodu nagłego ataku serca - mając 47 lat. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W pokoju laptop wyciąga mi z sieci 72 nowych emailii. W. szczęśliwie dotarł do Guangzhou. Nosi koszulkę z krótkimi rękami. Pisze. Temperatura do 24 stopni. Odpiszę, że zadzwonię przed piątą. A o piątej zbieramy się wszyscy w kuchni na barszcz ukraiński.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/17276928-113249079089775050?l=judith-krakow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://judith-krakow.blogspot.com/feeds/113249079089775050/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=17276928&amp;postID=113249079089775050' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/113249079089775050'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/113249079089775050'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://judith-krakow.blogspot.com/2005/11/barszcz-ukraiski.html' title='Barszcz ukraiński'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-17276928.post-113170027863105370</id><published>2005-11-11T10:10:00.000+01:00</published><updated>2005-11-17T22:05:40.390+01:00</updated><title type='text'>Marcinowie c.d.</title><content type='html'>Dziś Święto. W Polsce takie. A w niektórych kantonach szwajcarskich inne. Dlatego pogrzeb wuja W. w Büren jest dopiero jutro, bo w kantonie Solothurn dziś nikt nie pracuje. Świętują Martina. Czyli Martini. A jutro, owszem. I dlatego zdążę. Pożegnać się z nim. Przyzwoicie.&lt;br /&gt;Wcale nie lubię tak podróżować. W nocy wróciłam z Warszawy, ostatnim autobusem do Willi. Spałam zaledwie kilka godzin. O 13-tej mam samolot do Berlina. Nocuję w mieszkaniu pod aniołem. Jutro rano o 6:45 mam samolot z Berlin-Schönefeld do Bazylei. Nie mam pojęcia, jak ja się o tej porze dostanę na lotnisko. Ale jakoś będzie. O 8:10 samolot ma lądować na Euroairport w Bazylei – czyli na ziemi francuskiej. Zawsze tak było. Pewnie jakoś mnie wpuszczą. Do kraju. Potem autobusem do dworca centralnego. I pierwszym lepszym pociągiem do Liestal. Wczesny obiad u mamy. Po dwóch latach. Mnie ciągle nie ma. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Potem samochodem do Büren. Malutki kwadrans jazdy. W Büren spędziłam chyba najszczęśliwsze chwile w swoim dzieciństwie. Nie jestem pewna. Podobno pamięć ciągle wprowadza nas w błąd. I tyle. Widocznie Szwajcaria w tej chwili mnie woła. A ja w tej chwili nie sprzeciwiam się jej. Zobaczę się z nią po świętym Marcinie.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/17276928-113170027863105370?l=judith-krakow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://judith-krakow.blogspot.com/feeds/113170027863105370/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=17276928&amp;postID=113170027863105370' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/113170027863105370'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/113170027863105370'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://judith-krakow.blogspot.com/2005/11/marcinowie-cd.html' title='Marcinowie c.d.'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-17276928.post-113251518078812958</id><published>2005-11-10T20:31:00.000+01:00</published><updated>2005-11-20T20:34:50.586+01:00</updated><title type='text'>Generał Juliusz Bijak</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/blogger/4091/739/1600/bijak.0.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;" src="http://photos1.blogger.com/blogger/4091/739/320/bijak.0.jpg" border="0" alt="" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Warszawa. Dziś dopiero odkryłam, że za Muzeum Narodowym w Alejach Jerozolimskich kryje się Muzeum Wojska Polskiego. Że tam stoją w ogródku (jeśli tak to można nazwać) czołgi, samoloty, helikoptery i różne działa, raczej archaiczne, lekkie i ciężkie. Nigdy dotąd tych paru kroków w kierunku mostu nie zrobiłam, mimo że przez lata całe niedaleko stąd mieszkałam, pracowałam, myślałam, chodziłam, kiedyś nawet stałam w ogonku i załatwiałam to i owo. Dziś poszłam tam w poszukiwaniu Generała Bijaka, czyli jego portretu, obrazu olejnego pędzla Jacka Malczewskiego. Pani w kasie życzliwie doradziła mi, że lepiej najpierw się dowiedzieć – tam w pokoiku naprzeciw – czy ten obraz rzeczywiście znajduje się w zbiorach muzeum, zamiast marnować sześć złotych na wstęp. Nie ma tego obrazu. Nie w tym muzeum. Ale nikt nie wie, gdzie jest. &lt;br /&gt;- Może w Rogalinie. - Powiedziała mi pani z działu obrazów olejnych, przywołana telefonicznie przez pana dyżurnego do tamtego pokoiku naprzeciw, do którego wstęp jest wolny. - Może w Rogalinie. &lt;br /&gt;Tam znajduje się największy zbiór obrazów Malczewskiego. Nie mam pojęcia, gdzie jest Rogalin. Koło Poznania, dobrodusznie wyjaśnia pani od obrazów olejnych. No to dziś już na pewno nie zdążę ... bąkam. A dyżurny tymczasem otrzymuje informację, drogą telefoniczną, od kogoś niewidzialnego z podziemi archiwalnych, że o Generale Bijaku w tym muzeum nie ma nic. Ani śladu. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A wczoraj w Centralnej Bibliotece Wojskowej wydałam zaoszczędzone dziś sześć złotych na kserowanie jedynego obszernego artykułu o Generale Bijaku, który udało mi się dotychczas znaleźć. Dziesięć stron – pełnych sprzeczności w porównaniu z wszystkimi faktami, które dotychczas zebrałam. Ale nieważne. Ważne jest tylko to, że tam jest reprodukcja zdjęcia Generała, w mundurze oczywiście, w kołnierzyku generalskim, bardzo niestety niedobrej jakości. Ale mniejsza z tym. Jest to jedyne zdjęcie w ogóle – oprócz potwornej stylizacji na portrecie olejnym – które znam. Które może istnieje. Co ja wiem. I na tym zdjęciu Bijak nareszcie wygląda jak człowiek. I nareszcie rozumiem, dlaczego Szwajcarka Lina Bögli się w nim kochała.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kropka. Po powrocie do Krakowa muszę napisać podanie o wgląd do „skromnej teczki akt personalnych” Generała Juliusza Bijaka, która znajduje się w Centralnym Archiwum Wojskowym w Rembertowie. I prosić o konkretny termin i miejsce w czytelni. A potem jeszcze raz przyjechać. Tyle tym razem w Warszawie się wyjaśniło.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/17276928-113251518078812958?l=judith-krakow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://judith-krakow.blogspot.com/feeds/113251518078812958/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=17276928&amp;postID=113251518078812958' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/113251518078812958'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/113251518078812958'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://judith-krakow.blogspot.com/2005/11/genera-juliusz-bijak.html' title='Generał Juliusz Bijak'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-17276928.post-113148526871092785</id><published>2005-11-06T22:24:00.000+01:00</published><updated>2005-11-08T22:47:41.146+01:00</updated><title type='text'>Dziesięć lat samotności</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/blogger/4091/739/1600/boeglikrakausmall.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;" src="http://photos1.blogger.com/blogger/4091/739/320/boeglikrakausmall.jpg" border="0" alt="" /&gt;&lt;/a&gt; Nie wyobrażałam sobie, że sztuka Marthalera może mnie w ogóle dotknąć. I wzruszyć. Do głębi. Do łez. No prawie. Mnie. Która niby wszystko wie o jego bohaterce – Szwajcarce Linie Bögli. Przecież ona jest również moją bohaterką. Bohaterką mojej powieści. A w powieści, myślałam z dumą, na pewno więcej o niej jest niż w sztuce. I nie przypuszczałam, że w Hali na Rajskiej powstanie coś w rodzaju „mojej” Szwajcarii – bolesnej, bliskiej, znienawidzonej, zagrzebanej gdzieś w niepamięci, zasypanej od lat tysiącami warstw stłumień ... Coś, co teraz nagle, mimo wszystko i całkiem nieproszone jest obecne. Realne. Jak pełna walizka przed podróżą. Szwajcaria jako przestrzeń tęsknoty. Szwajcaria jako wielki zbiornik ukrytych uczuć.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Lina Bögli, luty 1892 roku &lt;br /&gt;© Paul Bögli&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dobrze, że sztuki teatralne czasami lubią wędrować po świecie. „Podróż Liny Bögli”* pokazano wczoraj w Krakowie. To stare przedstawienie, prapremiera odbyła się w ramach festiwalu „Świat w Bazylei” w 1996 roku na dworcu badeńskim. Rok później sztukę wystawiono w Berlinie, na Praterze. Od 2002 wiele razy była powtarzana w Schauspielhaus w Zurychu. A nigdy dotąd nie było mnie tam, gdzie sztuka. Bo ja też wędruję. Aż do wczorajszego wieczoru. W Krakowie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Teraz sobie myślę, że dobrze. Że nawet bardzo dobrze. Doczekałam się właściwego dla siebie miejsca. Tylko w Polsce jestem w stanie docenić grubą warstwę szwajarskości tej sztuki. W Szwajcarii, zwłaszcza w Bazylei, obśmiewałabym piosenki ludowe jako nieznośny kicz. W Berlinie wyszłabym podczas przerwy na piwo, i już nie wróciłabym na salę. W Krakowie nie było przerwy. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Marthaler otacza akcję – dziesięcioletnią podróż Liny Bögli dookoła świata – Szwajcarią. Czystą, nudną Szwajcarią. Klarownym rozbrzmiewaniem. Muzyką. Śpiewem. Emocją. Namiętnością. A jednak. Ta marthalerowska Szwajcaria nie brzmi zbyt harmonijnie. Nie podnoszą się z niej głosy archaniołów. Chaos wtrąca się w nią drogą radiową. I Szwajcaria – jak radio – na scenie daje się wyłączać. Wciąż od nowa.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Główna postać, Lina Bögli, przecina scenę – deski teatralne – zdecydowanymi krokami zawsze wtedy, kiedy speaker radiowy czytający jej biografię, dochodzi do zdania, że pewnego dnia zdarzyło się coś, co zmieniło jej życie: zakochała się w polskim ofic... – i wyłącza radio zdecydowanym ruchem ręki. Czasami speaker radiowy też sam się wyłącza. Głosem zamierającym, jakby mu ktoś odłączył dopływ prądu. Czasami cała nucąca półgłosem Szwajcaria w taki sposób ucicha. Zanika. A ona, główna postać, zostaje sama. W głuchej przestrzeni. Gdzieś. Zagubiona. W świecie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kontrast może najbardziej mnie wzruszył. Kontrast między muzyką sfer szwajcarskich a postacią Liny B. Ona na scenie – nauczycielka, wychowawczyni, porządna, solidna, zdyscyplinowana – coraz bardziej osamotniona. Ona na scenie – w czarnym kostiumie, w białej bluzce zapiętej do ostatniego guzika, pod szyję – dba o dyscyplinę. Ona na scenie – nie ma ciała. Nosi kapelusz. W pierwszej połowie przedstawienia. Zdejmuje go od czasu do czasu. I wkłada z powrotem. Parę razy. Aż kapelusz zostaje gdzieś na zawsze porzucony. W jakimś kącie. I ona na scenie – brąz włosów, biel twarzy i rąk. Nogi schowane pod długą, sięgającą podłogi, spódnicą. Raz tylko, w krótkim momencie drżącej ekstrawagancji, aktorka podnosi fałdy sukni. Aż do kolan. I okazuje się, że pod spodem nosi grube białe pończochy zrobione na drutach. A to po co? Jak w górach szwajcarskich? Jak w Alpach. Nad Splügen. Spędziła przecież największą część podróży dookoła świata na południowej półkuli. I w innym momencie krótkiego samozapomnienia tańczy z jednym ze śpiewających chłopaków. A oni – jest ich trzech – wydobywają z siebie muzykę sfer szwajcarskich, słowa w językach istniejących i nieistniejących, nawet wtedy, kiedy zasypiają, kiedy głowy opadają im na brzuch. Jak lunatycy. Stworzeni wyłącznie muzyką snu. Szwajcaria jest i jednocześnie jej nie ma. To jest tragizm bohaterki sztuki teatralnej Marthalera. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I to jest sztuka Marthalera. By pokazać na scenie przejmującą dziesięcioletnią samotność, wystarcza mu szklanka wody, jabłko i trzech nieustannie śpiewających chłopaków w wieku nieszkolnym.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Moja bohaterka, bohaterka powieściowa, otoczona jest Polską. Ponieważ mężczyzna, którego kochała i z którym nie dano jej było spędzić życie – był Polakiem. To jest zasadnicza różnica między powieścią a sztuką. Ale też jedyna. Musiałam – tak samo jak reżyser przedstawienia – znaleźć, zbudować, stworzyć przestrzeń, w której zmieszczą się wszystkie starannie skrywane uczucia bohaterki. Też musiałam cały zasób namiętności gdzieś zapakować. Jak bieliznę na daleką podróż w kufrze. Daleko od jej ciała. W języku menedżerów nazywa się dziś coś takiego „outsourcing“. W języku polskim – nie wiem. W świecie gospodarczym znaczy to, że jakąś część produkcji przejmuje inna, lepsza firma. Lub czymś zajmuje się inny, lepszy specjalista. Albo coś załatwia inna, lepsza maszyna. I powstaje tak zwany synergizm. Wzajemne potęgowanie działania. W powieści i na scenie powstaje wzajemne potęgowanie wzruszenia. Współdziałają różne czynniki, różne rekwizyty. Na scenie Marthalera wygląda to następująco: Strasznie samotna kobieta i głos radiowy. Strasznie samotna kobieta i walizka pełna złożonych w kwadrat prześcieradeł. Strasznie samotna kobieta i chór góralski. W powieści jest wątek współczesny. Zbudowany na całkiem fikcyjnej hipotezie, że Lina Bögli w 1892 roku wyruszyła w świat, ponieważ zaszła w ciążę. Że urodziła na początku 1893 roku w Sydney córkę. Że ojciec dziecka był Polakiem. Tyle na dziś. Mogę zdradzić.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;* Podróż Liny Bögli [Lina Böglis Reise], reżyseria: Christoph Marthaler, dramaturgia: Andrea Schwieter, muzyka: Clemens Sienknecht. Grają: Catriona Guggenbühl, Michael von der Heide, Albi Klieber, Clemens Sienknecht, Graham F. Valentine. &lt;br /&gt;5 i 6 listopada 2005 w ramach festiwalu baz@rt.de/ch w Starym Teatrze w Krakowie, Hala, godz. 20:30&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/17276928-113148526871092785?l=judith-krakow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://judith-krakow.blogspot.com/feeds/113148526871092785/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=17276928&amp;postID=113148526871092785' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/113148526871092785'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/113148526871092785'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://judith-krakow.blogspot.com/2005/11/dziesi-lat-samotnoci.html' title='Dziesięć lat samotności'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-17276928.post-113139729509644676</id><published>2005-11-02T22:00:00.000+01:00</published><updated>2005-11-08T18:19:18.893+01:00</updated><title type='text'>Zmiana czasu</title><content type='html'>Czas zimowy nie ma nic wspólnego z zimą. Czas zimowy kiedyś był normalnym czasem, czyli czasem obowiązującym w Europie Środkowej. Łatwo teraz o tym zapominamy.&lt;br /&gt;Wobec tego czas letni również nie ma nic wspólnego z latem. Słońcem. Upałem. Plażą i Bałtykiem. Wręcz przeciwnie. Czas letni uważać powinniśmy za czas nienormalny. Za czas niezgody. Za czas nie na czasie. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W tym roku Wszystkich Świętych wypadło we wtorek po zmianie czasu. A Zaduszki we środę po zmianie czasu. Nigdy nie rozumiałam różnicy pomiędzy Dniem Wszystkich Świętych a Dniem Zadusznym. Ani po polsku, ani po niemiecku. Pierwszy raz na cmentarzu w Polsce znalazłam się pierwszego listopada 1983 roku. Nie pamiętam, jaki to był dzień tygodnia. Ale najprawdopodobniej taki sam jak w tym roku. Czyli wtorek. Tak – już wiem. Przyjechałam przecież wtedy w piątek do Polski na stypendium. W imieniny Tadeusza. W piątek przed Wszystkimi Świętymi. Przyjechałam, nic nie wiedząc, nic nie myśląc. Pociąg był spóźniony – i nikt oczywiście już nie pracował. I nikt nie pracował przez następne pięć dni. Nie pamiętam, czy wtedy już istniało coś takiego jak zmiana czasu. A jeśli tak – czy przyjechałam przed nią, czy po niej. Znalazłam się na cmentarzu. Jakby naturalnym trybem tutejszego życia. Ze wszystkimi. Nie miałam co robić. Pierwsze noce spędziłam na Ursynowie. W pustym mieszkaniu pani sekretarki, która jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności w piątek przed Zaduszkami, po czwartej jeszcze siedziała w sekretariacie. Kropka. Bałam się oczywiście wyjść z tego bloku na Ursynowie. Ale jakoś tłum ludzi zabrał mnie troskliwie ze sobą. Jechałam autobusem. W tym kierunku co wszyscy. Zrobiło się ciemno. Bałam się, że nigdy już nie trafię z powrotem do moich tymczasowych drzwi. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Między tym a tamtym zawsze coś istnieje. Między czasem letnim a czasem zimowym. Między Wszystkimi Świętymi a Zaduszkami. Może jest to tylko noc. Parę godzin. Lub szpara. Przejście. Zmiana. Każda zmiana ma prawo pęcznieć. Nabiera tchu i rozrasta się. Aż pęknie i przez to przez moment jest najważniejszą rzeczą na świece. Zmiana czasu. Zmiana pogody. Zmiana poglądów. Zmiana warty. Zmiana dekoracji. Zmiana stanu cywilnego. Przemiana. Materii. Zamiana życia w śmierć. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Skąd ja mogę wiedzieć, jaka jest różnica między świętymi w niebie a pokutującymi w czyśćcu? &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czas wisi w kuchni i ma okrągłą twarz. Nad wyglądem i właściwym miejscem czasu zastanawiali się prawie wszyscy. Mędrcy. Sofiści. Euhemeryści. Katastrofiści. Bioenergetyści. I wszyscy oni rozmyślają nad grzechem pierworodnym. Czas po zmianie jednak jest własnością księży. W zeszłą niedzielę czas powrócił do stanu normalnego. Wobec tego wszyscy w tym kraju zaczęli się modlić. A mnie około godziny dziewiętnastej ogarnia zmęczenie nie do opanowania. Muszę się położyć na godzinkę, podczas której czas jest wyłączną własnością mojego snu.&lt;br /&gt;- Tak bywa w Krakowie – oznajmił mi przed chwilą, dopiero się rozbudziłam, pan Krakowski. – Bo w Krakowie zdarzają się przedziwne rzeczy.&lt;br /&gt;Statystyki natomiast wykazują niebywały wzrost wypadków drogowych w poniedziałki po zmianie czasu. Jak w żaden inny poniedziałek roku. Dlatego w Brandenburgii zarządzili, że poniedziałek po zmianie czasu będzie dniem wolnym od pracy. Świętem. A w Polsce, że wtorek. W tym roku, tak samo jak w 1983. Dzięki temu ani w niedzielę, ani w poniedziałek, ani we wtorek, ani w środę nikt nie musi być gdzieś na czas. I nikomu nie zagraża śmierć pod planowo przepełnionym tramwajem. Tylko mnie wtedy nie wiadomo było jak ratować. Na Ursynowie. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zima bywa gruba i senna. Czas nie ma żadnego związku z pogodą. Czas jest niepodległy i niezależny od temperatury ciała. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W niektóre teksty wkradają się niespodziewane wyrazy i kontury. Jak w suche liście w parku. Które sięgają już do kostek. Podczas prawdziwej zimy, pod grubą warstwą śniegu, czas nie będzie miał już nic więcej do stracenia. Szron na szybach nie ma głosu. A nagie konary nie są sekundnikami. Wczoraj spędziłam cały dzień na cmentarzu i nie napisałam ani słowa.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;Ku pamięci Beat Mohler&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/17276928-113139729509644676?l=judith-krakow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://judith-krakow.blogspot.com/feeds/113139729509644676/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=17276928&amp;postID=113139729509644676' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/113139729509644676'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/113139729509644676'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://judith-krakow.blogspot.com/2005/11/zmiana-czasu.html' title='Zmiana czasu'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-17276928.post-113076342221780175</id><published>2005-10-28T21:15:00.000+02:00</published><updated>2006-01-15T11:20:06.796+01:00</updated><title type='text'>Marcinowie</title><content type='html'>Znienacka Marcinowie weszli w moje życie. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W zeszłym tygodniu, czekając rano na autobus, czytałam różową ulotkę, przyklejoną zwykłą taśmą, trochę krzywo, do muru obok przystanku. Że można się zapisać na kurs Chen Tai Ji Chuan w Klubie Kultury „Wola”, przy Królowej Jadwigi 215. Stałam właśnie na Królowej Jadwigi. Czułam poranny, cierpki chłód na plecach. Nie miałam pojęcia, pod którym numerem mogłam być. Przystanek autobusowy – to nie dom. Mimo że tam człowiek już ma dach nad głową i ławkę pod tyłkiem. Ale przystanek nie ma numeru. A potem, nagle po raz pierwszy – ile razy już czekałam tu na autobus? – zobaczyłam po drugiej stronie ulicy złote tabliczki z numerami 211 i 209. Czyli – nie może to być bardzo daleko stąd. Autobus przerwał moje kontemplacje numerologiczne. Przepełniony już o tej porze 192 z lotniska. Zajechał, zatrzymał się na chwilkę i zabrał nas wszystkich, ciężko wzdychając. Już o tej porze.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wieczorem poszłam się zapytać. Zaczynają pracę dopiero o godzinie piętnastej. Czy mogę przyjść raz na próbne ćwiczenie. I potem się zdecydować. Czy się zapiszę na kurs, czy nie. Japonia nauczyła mnie ostrożności. We wszystkich zakresach życia. Nie tylko w sprawie Tai Chi. I zostałam zawiadomiona, że pan Marcin prowadzi treningi. We wtorki i czwartki. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Inny całkiem Marcin tłumaczy fragment z dziennika japońskiego na angielski. Taka konieczność nagle powstała.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I mój brat, też Marcin – dziś ma urodziny. Jest starszy ode mnie, więc znam go, odkąd żyję. Kończy teraz, dokładnie w tej godzinie, w tym momencie – pół wieku.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A wczoraj wybrałam się dzielnie do nieznanego mi dotąd Marcina. Przecięłam park pod willą szybkim krokiem, bo ciemno wszędzie, ciemno wszędzie – i już tam byłam. Na piętrze malutkiego dworku. Na dole ktoś grał na pianinie. Oprócz tego było cicho. I od razu odetchnęłam. W Berlinie zbierają się na Tai Chi przedziwni ludzie, przeważnie w podeszłym lub średnim wieku. Szukają czegoś na drugą połowę życia. Sama nie wiem, czego. Aktorzy. Muzycy. Artyści. Tancerze. Pisarze. Dziennikarze. Nauczyciele (oprócz muzyki rockowej, fletu prostego, puzonu i pianina, też matematyki i chemii). Wydawcy. Fotografowie. I jedna pani sędzia. Ona może jest najbardziej normalna z nas wszystkich. A na Królowej Jadwigi inaczej. Przyszło dwóch chłopaków. Jeden z długim, pięknym warkoczem – nastolatek nieco skrępowany i nieśmiały, ale bardzo uważny. Drugi młodszy. Okrągły. Niecierpliwy. Rozbrykany. Oni po trzecim tak zwanym treningu. Czyli na samym początku. A ja już od pierwszej lekcji mam zaległości. I jestem najstarsza.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ciepłe wrażenia pozostały mi jeszcze długo po powrocie w kolanach. Długo nam Marcin kazał tylko stać. W początkowych pozycjach Qi gong. Mały chłopiec nie wytrzymał. Ale nie narzekał. Nie płakał. Nie lamentował. Marcin delikatnie poprawiał pozycję ciała. Prostował kręgosłup. Ramiona. Barki. Biodra. Rozluźnić się. Rozluźnić się. Uczę się przy okazji nazwy wszystkich części ciała. Forma zaczyna się krokiem w lewo. To mnie najbardziej zaskoczyło. W Berlinie pierwszy krok zawsze w prawo. Na wschód. Ale wszystko jedno. Różni mistrzowie podzielili świat na różne strefy. Aby żaden z nich nie konkurował za bardzo z drugim o nielicznych klientów. I tak robimy grzecznie kroki w lewo. Lub w prawo. Aby nikomu nie podeptać nogi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W tym kraju. Wszędzie jestem nagle najstarsza. W autobusie. Na ulicy. W kinie. W drodze do domu. W Willi. W teatrze. Na piętrze. W knajpie 8 dnia tygodnia. Na spotkaniu z tegorocznym laureatem nagrody Nike. Na targach książki. Na rowerze. Nad Rudawą. Nad Wisłą. W tramwaju. Pod Wawelem. U Polakowskiego. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czekam teraz na czwartego Marcina. Kolejnego stypendystę w Willi. On mnie wybawi. Bo jest starszy od mojego brata. Już za kilka dni. Lub godzin.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/17276928-113076342221780175?l=judith-krakow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://judith-krakow.blogspot.com/feeds/113076342221780175/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=17276928&amp;postID=113076342221780175' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/113076342221780175'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/113076342221780175'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://judith-krakow.blogspot.com/2005/10/marcinowie.html' title='Marcinowie'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-17276928.post-113076166563910878</id><published>2005-10-26T22:25:00.000+02:00</published><updated>2005-10-31T13:27:45.650+01:00</updated><title type='text'>Świat czarno-biały</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/blogger/4091/739/1600/49_thumbnail.1.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;" src="http://photos1.blogger.com/blogger/4091/739/400/49_thumbnail.0.jpg" border="0" alt="" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Prowadzimy życie pingwińskie. W rytmie regularnego rozstawania się. W. przyleciał. I już odleciał. W przeciwieństwie do bezlotów potrafi latać. A mnie od razu złapał pierwszy jesienny katar. Nie rozumiem, dlaczego na lotnisku na tablicach odlotów i przylotów jest napisane, że samolot takiej a nie innej linii lotniczej, z takiego a nie innego miasta „wylądował”. Rozumiem, wiem i czuję, że pomarańczowy easy-jet do Berlina już „wystartował”. I nie ma go. Odwrócił się czarnymi plecami ode mnie. W. wyjechał. Wyleciał. Wystartował. Ale dlaczego wylądował (w naszym wypadku następne wylądowanie nastąpi – jak na Antarktydzie – dopiero za dwa miesiące)? Skoro jest przylot, przyjazd, przyjaźń, przybliżenie, przybycie, przygalopowanie, przyskakiwanie, przysiadywanie ... &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Prosto z lotniska jadę na drugą lekcję polskiego. Na odświeżanie szarych komórek. Czyli na pokarm mózgowy. Świat zwrócony do mnie białym brzuchem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Potem prosto na Kazimierz. Niebo płonie żarem zachodu. Na imieninowy performance literacki dwóch Nazarów. Tego Nazara, który mieszka u nas w Willi. I innego. Życie pingwińskie. Bar czarny jak noc. Języki kręcą się w dymie fajkowym jak aniołowie na obłokach biblijnych. Ukraiński. Rosyjski. Polski. Niemiecki. Angielski. Najbardziej spodobała mi się fraza poetycka naszego Nazara: „Bóg jest zaimkiem nieokreślonym”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I dlatego kazał pingwinom żyć, kochać się i karmić w takich a nie innych warunkach.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/17276928-113076166563910878?l=judith-krakow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://judith-krakow.blogspot.com/feeds/113076166563910878/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=17276928&amp;postID=113076166563910878' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/113076166563910878'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/113076166563910878'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://judith-krakow.blogspot.com/2005/10/wiat-czarno-biay.html' title='Świat czarno-biały'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-17276928.post-113057750892102357</id><published>2005-10-25T23:17:00.000+02:00</published><updated>2005-10-29T11:54:54.030+02:00</updated><title type='text'>Marsz pingwinów</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/blogger/4091/739/1600/0509_penandchick.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;" src="http://photos1.blogger.com/blogger/4091/739/400/0509_penandchick.jpg" border="0" alt="" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przyleciał Wolfgang i przywiózł mi różne dziwne rzeczy. Z Berlina. Stosy gazet. Jakby z innego świata.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Potem pojechaliśmy sobie tramwajem. Ciągnęło nas do kina. Czyli na film „Marsz pingwinów”. Ja od jakiegoś czasu mam bzika na punkcie pingwinów. I uważam, że za mało w ogóle o nich mówimy, myślimy, dbamy, troszczymy się. Na przykład nie ma zabawek dla dzieci w formie pingwina. Prawie. Nie udało mi się, nigdy dotąd, kupić plastykowego pingwina do wanny, który by piszczał typowo pingwińskim piskiem, jeśli dziecko go przyciska rączką. Są tylko żółte kaczki. I dzieci od małego uczą się, że pływać w wannie umieją tylko waltdisneyowskie kaczki. Ja bardzo bym chciała mieć pingwina do wanny. Mimo że nie jestem dzieckiem, ani nie mam dziecka. Ani w tej chwili w Willi nie mam wanny. Mam tylko aniołkę z konewką. Pingwin – tak zwany bezlotek, jest ptakiem, który nie umie latać. Jego skrzydła spełniają rolę wioseł w wodzie antarktycznej a nogi, opatrzone błonami pławnymi – rolę steru. Moja krakowska aniołka chyba też nie umie latać. Ona tu wisi nade mną, pod dachem, całkiem zadowolona i raczej przecina powietrze zdecydowanym krokiem. Nogami. Marszem. Filcowymi butami. Niż fruwa. Na skrzydłach. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pojechaliśmy więc tramwajem, jedynką. W plecaku nosiłam ze sobą pingwina. Małego pingwina z miękkiego materiału, którego kilka lat temu dostałam w prezencie. W Londynie. W muzeum przyrodniczym. Nad Tamizą. Od tego samego Wolfganga. Od którego wszystko się zaczęło. A teraz my do kina w niebycie. Czyli na nie-miejscu. W wielkim centrum handlowym. Ze sklepami znanymi na całym świecie. Z knajpami znanymi na całym świecie. Z kinami znanymi na całym świecie. Z filmami, towarami, bigmacami, imaxami, none-ami ... Francuski film, wersja dubbingowana, czyli polska. A ja zrozumiałam – pan przy kasie uprzejmie nas ostrzegł – że obejrzymy wersję dopingowaną. Wolfgang zachwycony, że słowa nie będą go dotykać, bo czytał w gazecie, przylatując do Krakowa, że obrazy piękne a teksty głupie, tworzące hollywoodzką historyjkę. A ja się zastanawiam, skąd pan przy kasie wiedział, że trzeba nas ostrzec. I czym film jest dopingowany. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pusta sala. Dobrze przewietrzona. Na początku siedzimy w trójkę. Potem dołącza rodzina z prawdziwym dzieckiem. I rzeczywiście – słowa, dubbingowe teksty pod obrazami próbują stworzyć ludzką historię miłosną. Z wielkim, wyczerpującym marszem, dwustukilometrową wędrówką do miejsca godowego, z tańcem miłosnym, śpiewem miłosnym, przybliżeniem miłosnym, z obietnicą wierności na zawsze i wszędzie, z czekaniem na jajko, z rytualnym oddaniem jajka ojcu, który je wysiaduje – czyli raczej donosi w fałdzie skórnym w dole brzucha. W tym momencie następuje separacja. Matka pędzi z powrotem do otwartego lodowatego morza, bo jest głodna i wyczerpana. Wraca po dwóch miesiącach, by karmić pisklę i zamieniać się z wygłodzonym ojcem. Podobno – jak powiedzą słowa filmu, nie obrazy – matki bez problemu rozpoznają w kilkutysięcznym tłumie pingwinów własnego partnera i własne pisklę, które wykluło się z jaja podczas ich nieobecności. Chrześcijańskie cnoty obowiązują nawet na Antarktydzie. I tak dalej. Ojciec pędzi do morza, bo jeść mu się chce. Mądrość piskląt pingwińskich kończy się patetycznym twierdzeniem, że świat składa się z czarnej strony i białej strony. Czarna strona znaczy pożegnanie, separacja. Brak. Ukochanej matki – lub ukochanego ojca. A biała strona – powrót. Zjednoczenie. W miłości. Rodzinnej.&lt;br /&gt;To poetycka wizja świata. A poezja jest rodzajem ludzkim. Tak samo jak kicz. Lub romantyzm. Wątpię, czy na lodach antarktycznych istnieje czas na poezję. Miejsce na malowniczy zachód słońca. Tam raczej chodzi o życie i śmierć. Wyłącznie. O głód i pokarm. O nic więcej. O ciepło i o chłód. O wytrzymałość. Ile pingwiny cesarskie muszą się naczekać w swoim życiu! Nuda również jest rodzajem ludzkim.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;My tymczasem wracamy do normalności. W nocy. Z malutkim miękkim pingwinem w plecaku.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/17276928-113057750892102357?l=judith-krakow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://judith-krakow.blogspot.com/feeds/113057750892102357/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=17276928&amp;postID=113057750892102357' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/113057750892102357'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/113057750892102357'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://judith-krakow.blogspot.com/2005/10/marsz-pingwinw.html' title='Marsz pingwinów'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-17276928.post-112997888078245532</id><published>2005-10-21T21:00:00.000+02:00</published><updated>2005-10-22T13:22:14.336+02:00</updated><title type='text'>Lekcja języka polskiego</title><content type='html'>Dziś o dziewiątej rano wzięłam pierwszą lekcję języka polskiego – pierwszą, po chyba dwudziestu latach! Dokładnie nie pamiętam, kiedy przestałam mieć nauczyciela. Ani kiedy zaczęłam. Może w osiemdziesiątym pierwszym lub drugim. Siedziałam na kursach Felka. W dusznej sali wykładowej w Bazylei. Nic nie zrozumiałam. Kompletnie. Felek nam godzinami wypisywał wyjątki na tablicy. I kazał spisywać. Do zeszytu. Do pamięci. Wtedy nawet komputerów jeszcze nie było. Oczy bolały. Od wyjątków takich i innych. Gardło bolało. Od spółgłosek syczących i niesyczących. Felek dumny z siebie był (i najprawdopodobniej do dziś jest), że więcej zna wyjątków niż Polacy. Felkowi zawdzięczam wiele rzeczy w swoim życiu. Naprawdę. Ale nie znajomość języka polskiego. Zawdzięczam Felkowi prawie wszystko poza językiem. Felek wysłał wtedy nas wszystkich, którzy nosili się z zamiarem wyskoku do Polski, krótszego lub dłuższego, do państwa Krakowskich w Krakowie. I takim sposobem również ja zapukałam kiedyś po raz pierwszy do drzwi na takiej a nie innej ulicy w Krakowie i powiedziałam łamaną polszczyzną, że ja od Felka ... I to wystarczyło. Na wszystko i na zawsze. Od października osiemdziesiątego trzeciego roku studiowałam w Warszawie. Tak. I chodziłam regularnie do Polonicum. Do pana, którego twarz dokładnie pamiętam, a nazwiska wcale. Na zajęcia językowe dla cudzoziemców. Ledwo coś potrafiłam wtedy powiedzieć. Do Warszawy dotarłam w dniu imienin Tadeusza. O czym – jak o wielu innych rzeczach – wtedy nic nie wiedziałam. Po osiemdziesiątym piątym roku z pewnością już nigdy nie miałam ani nauczyciela, ani lekcji języka polskiego – aż do dnia dzisiejszego, rano o dziewiątej. Czyli uczyłam się w sumie przez dwa, trzy, najwyżej cztery lata. I mam czelność pisać. W tym języku. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W nocy miałam chyba pierwszy sen. Aniołka czuwała, jak zawsze. Pod dachem. Z pełną konewką w lewej ręce. Odkąd tu jestem, miewam lekki sen. Puszysty jak świeży śnieg. Ogłuszający jak wata. Bezbarwny. Pozbawiony codzienności. Pozbawiony obraz, histerii, nienawiści, agresji. Dziś obudziłam się i od razu wiedziałam, że po raz pierwszy śniło mi się, że jestem. Sen powtórzył mi jeden wyraźny obraz z pierwszych dni – jakby on był najważniejszym elementem mojego życia krakowskiego, a poza tym strasznie zamieszał uczucia, światy i czasy. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Teraz się uczę. Wszystkiego, czego nie zawdzięczam Felkowi. W przedostatnim tekście powinnam może zmienić „ochronę” na „borowiki”. A kto wie, czy to nie znowu źle. Gdzieś w przyszłości powinnam ująć poetyckość uśpionych kont bankowych lub powsinóg i drapichrustów.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/17276928-112997888078245532?l=judith-krakow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://judith-krakow.blogspot.com/feeds/112997888078245532/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=17276928&amp;postID=112997888078245532' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/112997888078245532'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/112997888078245532'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://judith-krakow.blogspot.com/2005/10/lekcja-jzyka-polskiego.html' title='Lekcja języka polskiego'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-17276928.post-112982879538748117</id><published>2005-10-18T19:19:00.000+02:00</published><updated>2005-10-20T19:19:55.393+02:00</updated><title type='text'>Po pełni</title><content type='html'>Od wczoraj czytam w autobusie. Czyli już nie czuwam nieustannie. Jak zwierzę ciężko ranne. &lt;br /&gt;Od dzisiaj się przesiadam. Swobodnie. Z autobusu do tramwaju. Lub wsiadam na przystanku „Sielanka” do pustego 134 (odwoził pierwszą furę dzieciaków do ogrodu zoologicznego i wraca teraz do miasta po następnych pasażerów). Śmiało. Zamiast czekać na przepełniony 192 z lotniska. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wczoraj ogrodnik huczał cały biały dzień swoją rurą dołączoną do ciężkiego plecaka. Zdmuchiwał dookoła willi wszystko z klombów, z rabat, chodników, trawników, z parkingu i z jezdni, co wymęczone buki zdążyły zrzucić z siebie przez sobotę i niedzielę. A ponieważ padało w nocy, już mu nie poszło tak gładko. Mokro wszędzie. Liście wszędzie. Co to będzie. Co to będzie. On naprawdę nosił silnik na plecach. A ten tam warczał niemiłosiernie. Od rana do nocy. Poszłam sprawdzić z bliska. Ogrodnik z silnikiem mnie nie zauważył. Nic nie słyszał. Ani klaksonów aut, ani łap niedźwiedzi. Na uszach miał nauszniki. Grube. Złotożółte. Jak ogromne słoneczniki. Po obu stronach głowy. &lt;br /&gt;Dzisiaj cisza jak makiem zasiał. Siedzę z Nazarem, ukraińskim poetą w kuchni. On pije kawę. Ja zaparzam ziółka. &lt;br /&gt;- Ogrodnik chyba ma wolne – mówię. Żeby coś powiedzieć.&lt;br /&gt;- Nie – zaprzecza Nazar. Zdecydowanym głosem. – Pracuje. Ja go widzę z mojego okna. Zebrał wszystkie mokre liście do kupy. Teraz je nawleka na kilkukilometrową żyłkę nylonową. I rozwiesza w całym parku. Na wszystkich gołych drzewach. Jak bieliznę z pralki. By się na słońcu wietrzyła. I suszyła. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wczoraj oglądałam Lawę. Film bardzo mnie męczył. I pełnia. I okres. Pięknie mi się udało. Pierwsze bóle głowy w Krakowie. Lawa jest ostatnim filmem, który Konwicki zrobił. Wyreżyserował. Do którego napisał scenariusz. A Holoubek gra starego wieszcza (tego samego, który obecnie na rynku tak żałośnie jest samotny), wracającego na Litwę. I jak młodo aktor w tej roli wygląda.&lt;br /&gt;Dzisiaj cały dzień zastanawiam się nad tym, dlaczego ostatni film Konwickiego (Lawa) jest tak całkiem inny – całkiem innym podsumowaniem, poniekąd – niż jego ostatnia książka (Pamflet na siebie). A dlaczego o tym myślę? Przecież nie ma tu czego porównywać. Co to wszystko znaczy?&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/17276928-112982879538748117?l=judith-krakow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://judith-krakow.blogspot.com/feeds/112982879538748117/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=17276928&amp;postID=112982879538748117' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/112982879538748117'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/112982879538748117'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://judith-krakow.blogspot.com/2005/10/po-peni.html' title='Po pełni'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-17276928.post-112971448252979888</id><published>2005-10-15T11:33:00.000+02:00</published><updated>2005-10-21T14:41:55.536+02:00</updated><title type='text'>Niebieska dolina</title><content type='html'>&lt;a href="http://photos1.blogger.com/blogger/4091/739/1600/Niedzica2.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;" src="http://photos1.blogger.com/blogger/4091/739/400/Niedzica2.jpg" border="0" alt="" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zdjęcie: © W.M. Krakowski&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;My z Panią Krakowską. Wykończone marszem przez jesienny las (zob. zdjęcie w niemieckim blogu). Odwrócone plecami i tyłkami (proszę zwrócić uwagę na srebrne buty szwajcarskie!) od niebieskiej doliny.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/17276928-112971448252979888?l=judith-krakow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://judith-krakow.blogspot.com/feeds/112971448252979888/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=17276928&amp;postID=112971448252979888' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/112971448252979888'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/112971448252979888'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://judith-krakow.blogspot.com/2005/10/niebieska-dolina.html' title='Niebieska dolina'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-17276928.post-112966498281794758</id><published>2005-10-14T20:08:00.000+02:00</published><updated>2005-10-18T21:49:42.823+02:00</updated><title type='text'>Niedzica</title><content type='html'>Pan Krakowski zadzwonił, kiedy stałam w EMPiKu, na parterze, w dziale prasy zagranicznej, obok kasy.&lt;br /&gt;- Pojedziesz z nami do Niedzicy? – zapytał. &lt;br /&gt;Cały Pan Krakowski! &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Piątek, o wpół do piątej po południu, gęsta mżawka pokrywa miasto, a ja jestem umówiona z człowiekiem, którego w życiu jeszcze nie widziałam. A on się widocznie spóźnia. Co jest normalne w tym kraju. Nawet wśród cudzoziemców. My się dość szybko aklimatyzujemy. Jestem umówiona z Niemcem. Ze względu na pogodę właśnie na parterze w EMPiKu, a nie przed kościołem Mariackim. W dziale prasy zagranicznej. Gdzie zawsze jest tłok. Obok kasy. Gdzie również roi się od ludzi. Nie najlepiej więc się czułam. Czytać nic mi się nie chciało. Ani &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Spiegel&lt;/span&gt;, ani &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Stern&lt;/span&gt;. Istnieje tak zwana złota reguła (własne doświadczenia życiowe ją stworzyły): czekając na dworcu na znajomą lub nieznajomą osobę – nigdy nie siadaj na ławce! W tłumie trudno będzie cię znaleźć lub rozpoznać. Czekanie nie jest czynnością bierną. Lecz czynną. Aktywną. Człowiek siedzący nie wygląda na kogoś oczekującego czego- lub kogokolwiek. Człowiek siedzący na ogół nie bardzo wie, co ma ze sobą i z czasem robić. Na dworcu. Czekając na pociąg, który spóźnia się półtorej godziny. Na przykład. A przenosząc schemat czekania z dworca na dział prasy zagranicznej w krakowskim EMPiKu: nigdy nie pogrążaj się w lekturze! Za płachtą gazety będziesz niewidzialny. Niezauważalny. Przestaniesz znienacka istnieć. Na dworcu czekanie zdecydowanie lepiej wychodzi. Tam ono jest czynnością normalną. W EMPiKu natomiast, w piątek po południu, podczas miejskiej mżawki, czekanie – i to w dodatku na nie wiadomo kogo – wzbudza wielkie podejrzenie. Wszystkich i wszystkiego dookoła. Nie tylko fakt, że ciągle potrącam kogoś, dotykam, szturcham, zamykam drogę do kasy lub do prasy. A ochrona. Obserwuje mnie ostrym okiem. Dokładnie rejestruje każdy mój ruch. Każdy niepewny krok. Widzi, że ani nie czytam, ani nie kupuję. Tylko patrzę. Obserwuję. Rozglądam się. To jest przecież jej zadanie, nie moje! Telefon komórkowy się odzywa. Ochrona podsłuchuje nawet się nie wysilając. Słyszy każde słowo.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- Ja tu stoję i czekam na kogoś, kogo nie znam. Serio.&lt;br /&gt;- Ohohooo! – śmieje się pan Krakowski w moim lewym uchu. Szeroko.&lt;br /&gt;- Ale co za niespodzianka? &lt;br /&gt;- Sami nie wiedzieliśmy.&lt;br /&gt;- Nie ma problemu. Tylko ...&lt;br /&gt;- Spokojnie. Możemy wyjechać o północy. &lt;br /&gt;- ... muszę się najpierw spotkać. Rozpoznać pana Serio. Oddzwonię za około godziny.&lt;br /&gt;- W porządku.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Rzecz jasna, że wybrałam się z nimi. Krakowskimi.&lt;br /&gt;Przyjechali po mnie do Willi po ósmej. I pojechaliśmy do Niedzicy. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;ciąg dalszy nastąpi&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/17276928-112966498281794758?l=judith-krakow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://judith-krakow.blogspot.com/feeds/112966498281794758/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=17276928&amp;postID=112966498281794758' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/112966498281794758'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/112966498281794758'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://judith-krakow.blogspot.com/2005/10/niedzica.html' title='Niedzica'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-17276928.post-112949350404236105</id><published>2005-10-13T22:10:00.000+02:00</published><updated>2005-10-16T22:12:28.393+02:00</updated><title type='text'>Trzynasty</title><content type='html'>Po południu zaczyna padać deszcz. Lekka mżawka. Pokrywa potem całą noc. &lt;br /&gt;Wieczorem w Arsie, w sali Reduta. To jedyna sala kinowa w całej Polsce (a może na całym świecie?), do której nie wolno wnosić żywności. „Obejrzysz film spokojnie” – tak ta sala w tym kinie się reklamuje. Czyli bez chrupnięć popcornu, bez napadów czkawki, bez brzęku szkła. &lt;br /&gt;Spokojna więc impreza pod tytułem „Mój Konwicki: Inspiracja i interpretacje.” Rozmówcy pierwszorzędni. Nalewają sobie czystej wody z karafki. Im wolno. Bo muszą dużo mówić. I mówią do mikrofonu. Wajda. Lubelski. Trzaskalski. I pan dyrektor. Może kina. A raczej Instytutu Książki, który imprezę tę i inne organizuje. Konwicki nie przyjechał. &lt;br /&gt;- Z powodów zdrowotnych – powiedział pan, do którego prowadzący rozmowę zwracał się właśnie przez „panie dyrektorze”. &lt;br /&gt;Może to jest zgodne z prawdą. Ja wczoraj z Mistrzem rozmawiałam. Był, na swoje lata, całkiem zdrowy. Wiadomo, że jest zabobonny. Trzynastego nigdy w życiu by nie wsiadł do żadnego pociągu. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Mój Konwicki” – to mój wynalazek. Czyli tytuł mojej książki. Tak jak „Zwierzoczłekoupiór” (pies wynalazca) jest wynalazkiem Konwickiego. I zarazem tytułem jego książki. I tak dalej. Każdy z nas coś posiada. Coś dołożył. Do popularnego skarbca intelektualnego. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Rozmowa bardzo życzliwa, o ile chodzi o Mistrza. Wajda na samym początku słusznie twierdzi, że nie można go zastąpić. Żadnym zastępcą. Żadną anegdotą. Żadnym dowcipem. Żadnym podsumowaniem wszystkich jego osiągnięć. Nie ma – i szkoda. Bo nam tu go brakuje. Też przyznał, później, w trakcje rozmowy, że zawsze i wszyscy bali się go. I nadal się go boimy. Dodaje. A ja nagle czuję się wśród swoich. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Podczas przerwy udało mi się uściskać dłoń pana Andrzeja. I podziękować mu za czułe słowa. I przedstawić siebie jako autorkę książki, którą trzymałam cały czas w ręku. „Mój Konwicki”.&lt;br /&gt;- Mój Konwicki? – zdziwił się. – A ja nie znam tej książki.&lt;br /&gt;Może to jest zgodne z prawdą. Ja wiem, że nakład wyczerpany. A to mój egzemplarz osobisty, którego nawet panu nie mogę podarować. Niestety.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Potem rozmówcy sobie poszli. I na wielkim ekranie toczył się „Ostatni dzień lata”. Z Ireną Laskowską spotkałam się w maju w Warszawie. Dzięki zaproszeniu od Krystyny H. Na wykwintny brunch do Hotelu Polonia. Bardzo się zawstydziła, kiedy jej powiedziałam, że pamiętam ją z „Ostatniego dnia lata”. Zakryła twarz obiema rękami. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Miasto całe mokre. Ostatni autobus z miasta w dni robocze mam o godzinie 22.40.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/17276928-112949350404236105?l=judith-krakow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://judith-krakow.blogspot.com/feeds/112949350404236105/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=17276928&amp;postID=112949350404236105' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/112949350404236105'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/112949350404236105'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://judith-krakow.blogspot.com/2005/10/trzynasty.html' title='Trzynasty'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-17276928.post-112923737816240618</id><published>2005-10-11T23:02:00.000+02:00</published><updated>2005-10-13T23:02:58.166+02:00</updated><title type='text'>Rękawiczki</title><content type='html'>Rano mgła. Zimne ręce podczas ćwiczeń w parku. Od jutra o świcie wychodzę tylko w rękawiczkach.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W południe słońce. Obiad z R. Po herbacie pokazuje mi, gdzie kot jej jest pogrzebany. Nie pies. Wzięła starego kota ze sobą, kiedy dostała stypendium w Willi. Kilka lat temu. I stary kot umarł w Krakowie. Lepiej tak, niż inaczej, pocieszałam ją wtedy. Wyobraź sobie, co by było, gdyby kot został w Berlinie. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po raz pierwszy czuję lekkie dreszcze na plecach. Zakłopotana. Zastanawiam się, rozmawiając z R. przy bigosie, co ja tu właściwie mam robić. Bez kota. W rękawiczkach. W pokoju pod dachem. Zawsze chciałam mieszkać pod dachem. Zacząć jakąś nową prozę poetycką. Boże, co to znaczy? Czysta nuda. Albo – mówiąc Konwickim „kolejna nikomu niepotrzebna książka”. R. zapewnia mnie, że czas szybko leci. A dokąd? A dokąd? A dokąd? Beletrystyka sanatoryjna. Czarodziejska góra. Od wczoraj na parkingu przed Willą stoi biały staromodny samochód ze szwajcarską rejestracją. BL 153 83. To jest samochód z mojego rodzinnego półkantonu Basellandschaft, ja to widzę. Czyli ze wsi koło miasta Bazylea. A dokąd? A dokąd? A dokąd?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Udało mi się wysłać list polecony z poczty przy Królowej Jadwigi. I nabyć bilet dwumiesięczny na wszystkie linie nocne i dzienne bez kolejki. Czuję się dowartościowaną mieszkanką tego miasta. Kupiłam sobie w nagrodę Wróżkę. Przez calutki październik będę zdrowa, bogata i szczęśliwa! Mam same ciemnoczerwone (to znaczy bardzo plusowe) serduszka, symbole dolarowe i słoneczka. R. zresztą też, zjadłyśmy dziś urodzinowy obiad. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mgła powraca pod wieczór. A skąd? A skąd? A skąd? Lubię ciężkie powietrze nocne. W radiu czas na jazz.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/17276928-112923737816240618?l=judith-krakow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://judith-krakow.blogspot.com/feeds/112923737816240618/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=17276928&amp;postID=112923737816240618' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/112923737816240618'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/112923737816240618'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://judith-krakow.blogspot.com/2005/10/rkawiczki.html' title='Rękawiczki'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-17276928.post-112914012464418208</id><published>2005-10-10T14:14:00.000+02:00</published><updated>2005-10-12T20:02:04.646+02:00</updated><title type='text'>Język</title><content type='html'>Poniedziałek – a w Japonii święto. U nas też. A gdzie to jest? U nas? Najmilszy brzuchaty Berlińczyk obudził się w Stralsundzie podczas gdy ja w Gorlicach zajęłam jedno z ostatnich miejsc siedzących w prywatnym autobusie, który ma nas troskliwie zawieźć do Krakowa. O jedenastej siadłam do komputerka przy biurku pod dachem. Parę minut później odzywa się telefon stacjonarny. Obchodzimy 142 miesiące małżeństwa czyli 142 księżyce. Wieczorem nad Rynkiem wisi półksiężyc. Przez chwilkę tylko się pokazuje, a ja czekam na rogu Szewskiej na A. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przywiozłam z Berlina japoński kalendarz na co dzień. Czyli kalendarz na jeden dzień. Zawsze tylko na ten jeden aktualny dzień. Czas z nim spada jak liście z drzew w parku. Każdego dnia wyrywam kolejną kartkę, by być na bieżąco. Dzisiejsza kartka pokazuje czerwoną dziesiątkę. Czyli poniedziałek, dziesiątego dnia miesiąca bieżącego – święto. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Język polski już przezwyciężył język niemiecki. Piszę, myślę, mówię, milczę po polsku. I tłumaczę na niemiecki. Wszystko. Sny. Milczenia. Niezgrabne zdania. W Kwiatonowicach pograbiłam zeschłe liście pod starym kasztanem. Też zrzucał na mnie przeterminowane owoce. Jak na złość nazbierałam cały koszyk, wsypałam do plecaka. Dla Aniołki-ogrodniczki. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie rozumiem, na przykład, zestawu słów w zdaniu „Badacze stosujący metodę biograficzną zwracają uwagę, że dzienniki osobiste są materiałem trudnym do pozyskania.” Chodzi mi oczywiście tylko o pierwsze dwa słowa. „Badacze” w moim gramatycznym rozumieniu jest rzeczownikiem w liczbie mnogiej, „stosujący” natomiast forma czasownika (lub przymiotnika, kto to może wiedzieć – i w tym sęk) w liczbie pojedynczej. Moja poniedziałkowa zagadka nie rozwiązana: Dlaczego to tak jest?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Prosiłam Kaspra – kogo innego w tym kraju mogłabym prosić? – aby mi wynalazł nauczyciela lub nauczycielkę języka polskiego.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/17276928-112914012464418208?l=judith-krakow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://judith-krakow.blogspot.com/feeds/112914012464418208/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=17276928&amp;postID=112914012464418208' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/112914012464418208'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/112914012464418208'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://judith-krakow.blogspot.com/2005/10/jzyk.html' title='Język'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-17276928.post-112913990744653994</id><published>2005-10-09T19:57:00.000+02:00</published><updated>2005-10-12T19:58:27.456+02:00</updated><title type='text'>Kwiatonowice</title><content type='html'>Piszę napuszonym stylem. W Kwiatonowicach znajdujemy się nad mgłą jesienną. Górnolotne myśli. Jestem tu bliżej nieba niż w moim krakowskim pokoju na poddaszu. Bliżej słońca niż gdziekolwiek na świecie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przyjechałam przedwczoraj, po obiedzie (ryba z zielonymi kluskami w deseń liści jesiennych) u Pani Krakowskiej, ze Stasiukiem. I wrócę jutro, już wiem na pewno, z Malickim. Chodzi oczywiście o książki tych panów. Malicki pisze tak, jak mnie nie wolno – według surowej oceny Marii K. z Pięknej Góry Berlińskiej. Dam przykład. „Dziwny naród, ci gruźlicy. Mówiłam. Czarodziejska góra. Dziewczyny. Pobudliwe. Nad. Tak. Był też radiowęzeł. ...” (s. 115) Albo: „Byłem biało-czerwony. Mały Polak. Usiany bąblami. Tak. Wiem. Opowiadał tę historię dr Flisikowski, ilekroć nas odwiedzał. ...” (s. 62) Lub: „Wszedł pod stół i wydłubał. Tak. Wtedy. Stąd spirytus. ...” (s. 86). Tak zwane zdanie jednosłowne. Lub, prościej, postawienie dużej ilości kropek. Pisanie znakami interpunkcyjnymi. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;– Jeśli Ci to złączyć w normalne zdania, piszesz piękną polszczyzną – wzdycha Berlińska Maria i zostawia wszystkie kropki, przecinki, myślniki, wykrzykniki itd.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kasper chce iść na rydze. Jedziemy do krainy Łemków. Tam wysiada moja komórka. Kasper z lasu próbuje się ze mną skontaktować. Ja stoję przed drewnianą cerkwią w Kwiatoniu. Cudownie pachnie w słońcu niedzielnym. Jak tu cicho. Myślę. I Magda dowiaduje się, że cerkiew jest zamknięta z powodów różnych (remont, kradzieże, ksiądz w tej chwili odprawia mszę w sąsiedniej wsi, rusztowania). Kasper tymczasem dostaje sygnał, że nie ma takiego mojego numeru.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Co to znaczy, że znajdujemy się nad mgłą jesienną? Toniemy w kolorowych lasach. W blasku słońca. Nieba. Nad dachem. Samochodowym. Żyjemy w świecie ruchomym. Wszystko tu jest. Piszę napuszonym stylem.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/17276928-112913990744653994?l=judith-krakow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://judith-krakow.blogspot.com/feeds/112913990744653994/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=17276928&amp;postID=112913990744653994' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/112913990744653994'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/112913990744653994'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://judith-krakow.blogspot.com/2005/10/kwiatonowice.html' title='Kwiatonowice'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-17276928.post-112897940106696150</id><published>2005-10-07T23:22:00.000+02:00</published><updated>2005-10-12T11:51:12.423+02:00</updated><title type='text'>Radio</title><content type='html'>W pokoju pod dachem jest bardzo cicho. Mimo że rano ogrodnicy sprzątają park. Rąbią drzewa. Zbierają suche gałęzie. Zdmuchują suche liście. Jakimś niemiłosiernie huczącym sprzętem, podobnym do domowego odkurzacza. A mnie w moim pokoju z Aniołką nic nie mówiącą, z konweką pełną wody deszczowej w lewej ręki, jest za cicho.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zadzwoniłam do pani Krakowskiej – do kogo innego w Krakowie mogłabym zadzwonić? I zapytałam, czy przypadkiem nie ma jakiegoś niepotrzebnego radia. Które może mi pożyczyć na trzy miesiące. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ma i może. Przywiozła mi rano do Willi. Radio do łóżka. Z budzikiem. Alarmem. Buzzem. Slumberem. Programem takim i innym. Nie pozwoliła mi słuchać żadnego. Zabrała mnie. Z powrotem do miasta. Na obiad. Na zakupy. Na herbatę. Jak to Pani Krakowska. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po południu miałam jechać do Kwiatonowic. A dworzec PKS-u tymczasowo został przeniesiony na Nullo lub Cystersów. Dosłownie pod dom pani Krakowskiej.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/17276928-112897940106696150?l=judith-krakow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://judith-krakow.blogspot.com/feeds/112897940106696150/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=17276928&amp;postID=112897940106696150' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/112897940106696150'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/112897940106696150'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://judith-krakow.blogspot.com/2005/10/radio.html' title='Radio'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-17276928.post-112897950396357626</id><published>2005-10-05T06:24:00.000+02:00</published><updated>2005-10-10T23:36:29.916+02:00</updated><title type='text'>Aniołka z konewką</title><content type='html'>Dostałam aniołkę. Spadła na mnie jak manna z nieba. Krakowska Aniołka z konewką. Nie jest ona postacią niematerialną. Posiada wyraźne atrybuty kobiece. Nosi sukienkę w kwiaty i fartuch z przyszytymi wielkimi kieszeniami. W lewej ręce trzyma konewkę. Moja aniołka jest mańkutką. I pracuje przeważnie lewą ręką. Na plecach nosi płócienne skrzydła, jak ogromny plecak.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czuwa więc nade mną Krakowska Aniołka z konewką. Strzeże mojego okna, które nie jest częścią ściany, lecz dachu. Moje okno do nieba. Mieszkam na poddaszu. Budzę się i patrzę w niebo. Piszę i patrzę w niebo. Myślę i patrzę w niebo. Milczę i patrzę w niebo. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Aniołka z konewką podlewa moje myśli niby deszcz wiosenny. Drzewo, które przerosło dom i moje wyobraźnię, zrzuca teraz swoje suche liście. Na mnie. I w nocy swoje niejadalne ciężkie owoce.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/17276928-112897950396357626?l=judith-krakow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://judith-krakow.blogspot.com/feeds/112897950396357626/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=17276928&amp;postID=112897950396357626' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/112897950396357626'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/112897950396357626'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://judith-krakow.blogspot.com/2005/10/anioka-z-konewk.html' title='Aniołka z konewką'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-17276928.post-112833897163125989</id><published>2005-10-02T22:28:00.000+02:00</published><updated>2005-10-10T23:33:22.926+02:00</updated><title type='text'>Jestem</title><content type='html'>Jestem w Krakowie. Pierwsze moje wrażenie: ziemia pachnie jesienią. Przybyłam, stałam przed Willą Decjusza i zapatrzyłam się w wieczorne niebo. Poczułam wilgotność ziemi. Na ustach. I jesienne liście nad twarzą. Kilkanaście lat temu przybyłam po raz pierwszy do kraju tropikalnego, i miałam podobne, lecz całkiem inne pierwsze wrażenie. To była moja pierwsza myśl. W Krakowie. Z nosem w powietrzu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie pozbyłam się zmęczenia  po podróży w ciągu pierwszej nocy. Rano szukałam mgły w parku i znalazłam Szopena z brązu. Zrobiłam pierwsze ćwiczenia tai chi na miękkim nierównym gruncie leśnym. Potem przesunęłam meble, odnalazłam kable, trafiłam do internetu i już jechałam rowerem w kierunku miasta.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Bo głodna jestem i czas na obiad. Pierogi i surówka. Tam gdzie zawsze. W Krakowie. Połowa rynku rozkopana. Mickiewicz stoi samotny i zagubiony, otoczony tylko ogromnymi stosami nowych kamieni z podsypki piaskowej. Tłok na drugiej, już zmodernizowanej połowie rynku jest nie do opisania. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mój język jest niezdecydowany jak miękki grunt jesienny. Jeszcze kilka godzin, i język polski zwycięży. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mam pokój pod dachem. I słyszę, jak pospolite kasztany spadają z drzew.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/17276928-112833897163125989?l=judith-krakow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://judith-krakow.blogspot.com/feeds/112833897163125989/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=17276928&amp;postID=112833897163125989' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/112833897163125989'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/17276928/posts/default/112833897163125989'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://judith-krakow.blogspot.com/2005/10/jestem.html' title='Jestem'/><author><name>judith arlt</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01914325073097393181</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_IHS4xm43SlE/SX9u-msMSHI/AAAAAAAAAMU/Hu7deebjzMo/S220/IMGP9916.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry></feed>
